poniedziałek, 13 czerwca 2016

Całe życie niewidoma cz.6


 
  

– Zdro­waś Mario łaski pełna, Pan z Tobą, bło­go­sła­wio­naś Ty pomię­dzy nie­wia­stami…– byłam tak spo­cona i zde­ner­wo­wana, że nie zwró­ci­łam uwagi na to, że zamiast Mario, powin­nam mówić z sza­cun­kiem Maryjo. Jak to do naszych pustych umy­słów pró­bo­wała wbić pani kate­chetka:

– Żadna Mario! Żadna Mario! To nie Wasza kole­żanka, tylko Matka Boska! Pamię­taj­cie, zawsze Maryjo! – Tak, tylko kto by o tym pamię­tał gdyby właśnie wal­czył o życie?









Począ­tek drogi był nawet przy­jemny. Jecha­łam ulicz­kami mojego małego mia­steczka, które świet­nie zna­łam. Zna­jomi miesz­kańcy machali do mnie rado­śnie, lub sta­tecz­nie kiwali gło­wami. Wszystko dotąd tak faj­nie się ukła­dało, moje życie może było nudne, ale szło utar­tym i bez­piecz­nym szla­kiem bez zbęd­nych fajer­wer­ków. Aż do wczo­raj.

Adre­na­lina powoli opusz­czała moje słabe członki. Dla­tego im bar­dziej odda­la­łam się od zna­jo­mych kątów, tym bar­dziej rze­czywistość dawała o sobie znać, by w końcu wal­nąć w moją głowę jak obu­chem. Moja kariera kie­rowcy spro­wa­dzała się do jed­nego wypadu w tygo­dniu. Kiedy to w mię­snym na końcu mia­sta rzu­cali nową dostawę. Pio­truś lubił dobrze zjeść i dener­wo­wały go te duże jak to on mówił „bez­duszne” sklepy. Za to moja dusza go w ogóle nie inte­re­so­wała, ale któż to mógł wtedy wie­dzieć? Oprócz rzeź­nika, resztę skle­pi­ków mia­łam na wycią­gnię­cie ręki. Dla­tego każde prze­kro­cze­nie progu samo­chodu poza piąt­kową rutyną, powinno być odno­to­wy­wane w lokal­nej gaze­cie jako coś nie­wia­ry­god­nego. Teraz moje szo­fer­skie braki miały wiel­kie pole do popisu, albo raczej dłu­gie jak trasa, która mnie cze­kała. Kiedy tylko wyje­cha­łam na drogę kra­jową pro­wa­dzącą w kie­runku Gdań­ska zrozumia­łam, że nie­wierny mał­żo­nek z kochanką w ciąży, to chyba nie jest jakiś więk­szy pro­blem. Może nawet mogli­by­śmy usta­lić gra­fik w domu, by sobie nie wcho­dzić w drogę? Więk­szym bym nazwała uszczer­bek na zdro­wiu, lub śmierć pod kołami tira, która nie­chyb­nie mnie cze­kała jeżeli zaraz się nie uspo­koję. Ści­ska­łam kie­row­nicę w spo­co­nych dło­niach, a moje oczy tak sze­roko wytrzesz­cza­łam, jak Ci boha­te­ro­wie z japoń­skich bajek. Pew­nie bym jesz­cze darła gębę jak oni, gdy­bym potra­fiła roze­wrzeć ści­śnięte usta. Tak sku­pi­łam uwagę na dro­dze, że dopiero trą­biący trak­tor, który wła­śnie pró­bo­wał sta­ra­no­wać moją wyści­gówkę, przy­wró­cił mnie do rze­czywistości. I na moje nie­szczę­ście byłam zmu­szona, rozej­rzeć się dookoła. Wszy­scy mnie wyprze­dzali. Niektó­rzy wycią­gali dwa palce uło­żone w znak wik­to­rii. Inni ogra­ni­czali się do jed­nego palu­cha, ale za to do naj­więk­szego. Reszta tych bar­dziej lito­ści­wych pukała się w czoło, lub trą­biła. Jed­nak czarę gory­czy prze­lał pele­ton tre­nu­ją­cych kola­rzy, któ­rzy śmi­gnęli mnie z taką pręd­ko­ścią, że powiew wia­tru, który wytwo­rzyli, pra­wie prze­wró­cił mojego por­dze­wia­łego kur­du­pla do rowu. Ale to było nic w sto­sunku do tego, co mnie cze­kało na auto­stra­dzie.




Ogon­ko­wa­łam do bra­mek i wolne tempo uśpiło moje nerwy. Nawet na chwilę pozwo­li­łam sobie ode­rwa­łam jedną rękę od kie­row­nicy, ocie­ra­jąc pot z czoła. Kiedy ode­bra­łam bilet, udało mi się na tyle odprę­żyć, że śmiało prze­je­cha­łam przez wąski prze­smyk pro­wa­dzący mnie do pie­kła. I wtedy zaczęło się moje pojed­na­nie z „wszech­moc­nymi”. Nie pamię­tam dokład­nie, ale chyba ostat­nio tak żar­li­wie się modli­łam w czwar­tej kla­sie pod­sta­wówki. Kiedy to całą grubą wzno­si­li­śmy modły do Boga, by naszą mate­ma­tyczkę szlak tra­fił, lub w przy­pły­wie cze­goś, co można nazwać wyrzu­tami sumie­nia, łaska­wie zamie­ni­li­śmy wyrok śmierci na zła­ma­nie nogi, albo cho­ciaż taką drob­nostkę jak tyfus pla­mi­sty. Nie­stety bel­ferka szczę­śli­wie dotarła do szkoły, o czym dobit­nie świad­czyły pały, które nie omiesz­kała nam posta­wić na spraw­dzia­nach. I teraz też się wyda­wało, że już nie ma dla mnie ratunku. Ści­ska­łam kie­row­nicę tak mocno jak brzeg sza­lupy ratun­ko­wej. Sie­dem­dzie­siąt kilometrów na godzinę, któ­rymi par­łam do przodu, a trzeba przy­znać, że dla mnie to była pręd­kość świa­tła i mak­si­mum jakie mogłam wykrze­sać z mojego auta. Dało pełne przyzwolenie szo­fe­rom cię­ża­ró­wek, na pozbawienie mnie życia. Jak jeden mąż wsia­dali mi na zde­rzak mru­ga­jąc świa­tłami, bym zje­chała w krzaki, lub wypa­ro­wała zapewne. Mogłam ich tro­chę zro­zu­mieć. Szyb­szy ode mnie byłby dyli­żans. Łypa­łam prze­ra­żo­nym wzro­kiem w lusterko wsteczne. Ja pro­szę bar­dzo, mówisz tzn. świe­cisz masz! Chęt­nie bym to zro­biła, ale ogra­ni­czały mnie barierki, które ktoś posta­wił chyba spe­cjal­nie by mi doko­pać. Dla­tego moje skromne autko stało się naj­święt­szym miej­scem na tej auto­stra­dzie, pewnie zaraz po auto­ka­rze roz­mo­dlo­nych piel­grzy­mów, śpie­szą­cych gdzieś na pokaz garn­ków i koców ter­micz­nych. Kiedy odmó­wi­łam zdro­waśki i po kolei prze­szłam przez wszyst­kie tajem­nice różańca. Poświę­ci­łam czas na odmó­wie­nie lita­nii do świę­tych, któ­rych próżno pew­nie było szu­kać na kart­kach ksią­żeczki. ale co z tego? Prze­cież, jeżeli ich tam nie ma, to wcale nie ozna­cza, że w nie­bie taki nie jest? Kto by ich tam zli­czył, a wcale nie­wy­klu­czone, że już nie­długo ja jed­nym zostanę. Niech sobie póź­niej to uzu­peł­nią. Ważne, że w tym modli­tew­nym sza­leń­stwie była metoda, która poma­gała mi się prze­miesz­czać w wyzna­czo­nym kie­runku.

Zmę­cze­nie przy­tłu­miło stres i można było powie­dzieć, że odczu­wa­łam coś na kształt rado­ści. Pierw­szy raz sama decy­do­wa­łam o sobie, jeżeli nie liczyć głu­piej decy­zji, kiedy to dałam sobie wci­snąć obrączkę na palec. Jecha­łam na pogrzeb, a ja się czu­łam jak­bym leciała na Bahama, radość i duma roz­pie­rały moje roze­dr­gane serce i coś jesz­cze. Byłam cho­ler­nie głodna. Od rana nic nie zja­dłam i teraz mój żołą­dek doma­gał się swo­ich praw. Bałam się zje­chać z auto­strady. Polo­wa­nie po dro­dze na dzi­czy­znę też nie wcho­dziło w grę. Jedy­nym wyj­ściem, było por­wa­nie koszyka pik­ni­ko­wego przy­go­to­wa­nego przez żony, któ­rymi tak chęt­nie się raczyli kie­rowcy sta­lo­wych potwo­rów na par­kin­gach i cho­ciaż tak mogła­bym się na nich zemścić za afront, który mi czy­nili na dro­dze. Zde­spe­ro­wana już pró­bo­wałam sobie przy­po­mnieć jak to robił Miś Yogi, gdy z daleka zoba­czy­łam wielki słup z napi­sem McDo­nald’s.

– McDo­nald’s! – W gło­wie usły­sza­łam ostrze­gaw­czy głos Piotrka. Pod­czas jed­nych z naszych waka­cji, kiedy on jak zwykle wypoczywał, a ja jak zwykle skakałam koło niego, zapro­po­no­wa­łam byśmy zje­dli w tej restau­ra­cji, bo cho­ciaż raz nie chcia­łam nic goto­wać. Ślubny strasz­nie się na to obru­szył i wytłu­ma­czył mi dla­czego nie powin­ni­śmy się w tym miej­scu sto­ło­wać.

– Moja noga ni­gdy tam nie posta­nie! Wie­dzia­łaś, że w tym kotle­cie są całe mie­lone krowy razem z kopy­tami?!

I co z tego? Byłam tak głodna, że chęt­nie bym pożarła krowę z kopy­tami nie cze­ka­jąc na jej zmie­le­nie. Dla­tego odbi­łam w prawo i zaje­cha­łam pod pię­trowy budy­nek. Par­king był pełny, wci­snę­łam się w jakiś kąt i wysia­dłam wypro­stować nogi. Byłam szczę­śliwa. Bez szwanku udało mi się doje­chać tak daleko, że wła­ści­wie czu­łam lek­kie roz­cza­ro­wa­nie zacho­wa­niem ludzi. Owszem patrzyli się na mnie, ale to była zwy­kła cie­ka­wość na widok kogoś nowego. Żad­nych braw, ani wiwa­tów. Resztki tego cze­goś, co tylko despe­rat nazwałby dumą pozwo­liło mi się doczła­pać do drzwi restau­ra­cji. Nagle usły­sza­łam tupot, a następ­nie jakiś dzie­się­cio­la­tek prze­cwa­ło­wał po mojej sto­pie i wpy­cha­jąc się przede mnie wpadł do restau­ra­cji. Za nim biegł malec z łukiem, który darł się wnie­bo­głosy:

– Zabiję Cię! Zabiję Cię!

Prze­pu­ści­łam przy­szłość narodu w końcu mamy demo­kra­cję, niech się wyży­nają. I weszłam do środka. Zapach, który ude­rzył w moje noz­drza spo­wo­do­wał, że bez zbęd­nych cere­gieli, Posłusz­nie sta­nę­łam w kolejce. Spoj­rza­łam na kolo­rowe menu wid­nie­jące na pod­świe­tlo­nych tabli­cach. Próżno wytę­ża­łam wzrok, krowy zmie­lo­nej z kopy­tami nie było w ofer­cie. I co ja mia­łam biedna zro­bić, prze­cież tylko na to byłam przy­go­to­wana.

– Jeżeli zamó­wimy sześć Happy Meali, to ty zjesz cztery che­ese­bur­gery, ja dwa i jedną paczkę fry­tek, a chłop­com zosta­nie reszta i jabłka! Tylko pamię­taj wybierz takie same zabawki, bo się poza­bi­jają – tłu­ma­czyła mężowi zaafe­ro­wana kobieta.

Moje uszy chło­nęły te słowa jak naj­pięk­niej­szą muzykę. W końcu mogłam się o coś zacze­pić. Wiem co zamó­wię. Dla­tego kiedy przy­szła moja kolej z pew­no­ścią jaką towa­rzy­szyła kró­lowi Jagiełło kiedy dzię­ko­wał posel­stwu Krzy­żac­kiemu za dwa nagie mie­cze, wypo­wie­dzia­łam słowa:

– Popro­szę dwa Happy Meale

Młode dziew­czę w fir­mo­wym uni­for­mie nie bawiło się w zbędne uprzej­mo­ści, tylko waliło pro­sto z mostu:

– Dwa Happy Meale, do tego cola, czy sok? Ham­bur­ger, czy Che­ese­bur­ger? frytki, czy nuggetsy?

– A skąd ja do cho­lery mia­łam to wie­dzieć? Po co te trudne pyta­nia? Ale opa­no­wa­łam się szybko, bo na ple­cach już czu­łam oddech znie­cier­pli­wio­nego tłumu, dla­tego wyre­cy­to­wa­łam:

– Che­ese­bur­ger, frytki i cola

– A zabawki? – sprze­daw­czyni nie dawała za wygraną.

To powoli zaczy­nało prze­kra­czać moje moż­li­wo­ści poj­mo­wa­nia. Jakie zabawki? Do zmie­lo­nej krowy? Czy oni sie­bie sły­szą?

– Obo­jęt­nie – zdzi­wiona usły­sza­łam swój głos i na moich oczach zaczęły się dziać cuda. Ludzka machina zato­czyła koło i po chwili przede mną sta­nęły dwa zgrabne czer­wone pude­łeczka, i dwa kubki coli.




Przed restau­ra­cją był mały ogró­dek. Ludzie jedli i leni­wie popi­jali kawę, lub chłodne napoje. Moje przy­by­cie nikogo nie obcho­dziło. Zna­la­złam wolne miej­sce i zaczę­łam jeść. To było naprawdę dobre. Głodna pochła­nia­łam je z taką pręd­ko­ścią, że nie zwró­ci­łam uwagi na mała dziew­czynkę, która uważ­nie mi się przy­gląda. Dopiero jej słodki głos, przy­wró­cił mnie do rze­czywistości:

– Mamu­siu ta pani jest jakaś dziwna

Tego było dla mnie za wiele, zabra­łam czer­wone paczuszki, oraz napoje i ze łzami w oczach poszłam w kie­runku samo­chodu.

– Niech pani się nie przej­muje. Ja to rozu­miem, też bym pła­kał gdy­bym czymś takim jeździł, ale wie pani? Są gor­sze rze­czy – Jakiś nasto­la­tek widząc mój stan, nie­udol­nie pró­bo­wał mnie pocie­szyć.



Czy oni się dzi­siaj zmó­wili by mi doko­pać? Wyszar­pa­łam klu­czyki z mary­narki i otwo­rzy­łam drzwi do kaplicy na kół­kach. Opa­dłam na sie­dze­nie. Resztki jedze­nia poło­ży­łam na fotelu obok i zasty­głam nie mogąc się zde­cy­do­wać na kolejny krok.

– Miau – Jakie miau? Zaczę­łam się roz­glą­dać dookoła, myślą, że się prze­sły­sza­łam.

– Miau! – Usły­sza­łam jesz­cze raz i głowa kota sąsiada poja­wiła się tam, gdzie powinna być roleta przy­kry­wa­jąca bagaż­nik. Byłam w takim szoku, że tylko ostat­kiem sił zdą­ży­łam pomy­śleć:

– Masz rację chłop­cze, mogą być gor­sze rze­czy…


Jeżeli zainteresowały cię losy Cecylii TU możesz je przeczytać od początku:)

Pozdrawiam  

środa, 8 czerwca 2016

Całe życie niewidoma cz.5

  

 
  

– No masz Ci klops! Co teraz zro­bisz? – Jolka wyba­łu­szała na mnie te wielkie sar­nie oczy, pogłę­bia­jąc nimi moją czarną roz­pacz.







– Nie wiem, sama nie wiem co mam zro­bić! – tarłam ręką po czole jak Alla­dyn po lam­pie. W nadziei, że Dżin zaraz z niego wysko­czy i kopnie mnie w tyłek. Dając mi tym samym znak do roz­wią­zania pro­blemu. Nagle przy­szło olśnie­nie. Prze­cież to było takie pro­ste.

– A won! – powtó­rzy­łam jak pierw­szej nocy, kiedy ten kosz­mar się zaczął.

– A co won? – Przy­ja­ciółka miała bar­dzo nie­wy­raźną minę.

– Nie! To nie do Cie­bie, tylko do tej gnidy co była moim mężem. Nie spo­tkam się z nim. Nie chcę go oglą­dać i nie ma mowy o żad­nej roz­mo­wie, odsiadka za mor­der­stwo jesz­cze mi nie­miła! Rozerwę się tro­chę, a co! Pojadę sobie na pogrzeb wujka. Odtań­czę menu­eta na sty­pie. Prze­cież mi też się należy. Kto powie­dział, że takie imprezy są nudne? To zależy od tego jak kto do tego pod­cho­dzi, a ja będę się bar­dzo dobrze bawić. I może nawet tanecz­nym kro­kiem popro­wa­dzę kon­dukt pogrze­bowy z tru­ch­łem stry­jaszka, a następ­nie sama go zrzucę z kata­falku i zako­pię, bo mam tyle ener­gii w sobie do roz­ła­do­wa­nia, że gdzieś musi zna­leźć ujście!






Ener­gicz­nym kro­kiem wpa­ro­wa­łam do sypialni i z gar­de­roby wygrze­ba­łam małą podróżną torbę. Łatwo było pomy­śleć, trud­niej już zro­bić. Moja część szafy mie­niła się wszyst­kimi kolo­rami tęczy. Czego tam nie było, kwie­ci­ste sukienki kok­taj­lowe na widok któ­rych rój psz­czół zabzy­czałby ze szczę­ścia. Cha­browe i żółte gar­sonki, te czasy świet­no­ści musiały świę­cić w okre­sie kiedy w tele­wi­zji leciała „Dyna­stia”. Jakiś wór pokutny o nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nym kolo­rze, który kupi­łam jako sukienkę. I wisiał tu chyba na wypa­dek gdy­bym chciała wybrać się na piel­grzymkę do ziemi świę­tej umar­twia­jąc się biczo­wa­niem po dro­dze. Nie­stety nawet ta szmata nie nada­wała się na pogrzeb. Dla­tego chcąc nie chcąc, musia­łam pod­jąć decy­zję: – Jadę do sklepu!

Wcisnę­łam się w rur­ko­wate dżinsy, w które do nie­dawna jesz­cze się nie mie­ściłam. Zadzi­wia­jące jak stres działa odchu­dza­jąco na czło­wieka. Rude włosy zwią­za­łam w koń­ski ogon, biała koszulka, czarna mary­narka i oku­lary prze­ciw­sło­neczne, które zakryły moje opuchnięte od pła­czu śle­pia dopeł­niły cało­ści i mogłam już wyjść do ludzi.

– Kosme­tyczka jest, pie­nią­dze są, doku­menty i tele­fon, klu­cze od domu, o czymś zapo­mnia­łam? Jolka jesteś?!

– Jestem!

– To chodź odwiozę Cię do domu




Była godzina piętna­sta, więc musia­łam się tro­chę sprę­żyć. Ten durny listo­nosz pew­nie tak jak cel­nie strze­lał ludziom z listów w głowę. Nie­wąt­pli­wie tak samo dobrze prze­trzy­my­wał ich kore­spon­den­cję, czer­piąc pew­nie z tego nie­wąt­pliwą przy­jem­ność. Dla­tego mia­łam mało czasu, bo pogrzeb był już jutro, a przede mną było jesz­cze kilka godzin jazdy samo­cho­dem.

– Wsia­daj – powie­dzia­łam do Jolki otwie­rając drzwi od strony kie­rowcy do mojego wysłu­żonego Peu­ge­ota.

– Ale prze­cież ja nie mam prawa jazdy! – Kole­żanka patrzyła się na mnie jakbym zwa­rio­wała.

– Wsia­daj wariatko, bo tylko te drzwi się otwie­rają od zewnątrz! Ciesz się, że Pio­truś dobro­dziej mi je napra­wił, bo raz musiałam wejść przez bagaż­nik, to się chło­pina zli­to­wał.






Wysadzi­łam Jolkę przed domem gdzie mie­ścił się jej zakład, a sama pod­jechałam pod mały skle­pik z ciu­chami, który nosił dumną nazwę „Tanio­szek”. Prze­cież nie wykosz­tuję się na pogrzeb. Ja bez­ro­botna, bez męża i nie­długo pew­nie bez­domna nie mogłam sobie pozwo­lić na rozrzutność. Weszłam do sklepu pani Jadwigi Małec­kiej i gło­śno powie­dzia­łam: – Dzień dobry!

Pani Małecka star­sza pani i już tro­chę przy­głu­cha kiw­nęła mi ręką, a następ­nie wró­ciła do szy­deł­ko­wa­nia makatki. Spoj­rza­łam w kie­runku ciu­chów. Dobra, są mi potrzebne czarne rajtki i czarna sukienka. Mary­narkę już mam. „Tanio­szek” ofe­ro­wał różne wybryki ciuchowej natury z czego sukienka z gar­bem na ple­cach zasłu­gi­wała na naj­więk­sze uzna­nie. Nie­stety jej kanar­kowy kolor nie nada­wał się na tak nie­wąt­pliwie smutną oka­zję jak pogrzeb wujka. Jed­nak posta­no­wi­łam ją zapa­mię­tać, bo nie­wy­klu­czone, że świet­nie się nada­wała na uro­czy­stość pogrzebową mał­żeń­stwa. Zanur­ko­wa­łam w ubra­niach szu­ka­jąc ide­ału odpo­wied­niego do sytu­acji. Jed­nak jak na złość, asor­ty­ment sklepu do złu­dze­nia przy­po­mi­nał zawar­tość mojej szafy. W końcu zre­zy­gno­wana posta­no­wi­łam poszu­kać u „źró­dła” tego przy­bytku, które nie­stru­dze­nie dzier­gało za ladą.

– Pani Małecka, a ma pani jakąś czarną sukienkę?

Właści­cielka popra­wiła oku­lary na nosie i odpo­wie­działa:

– A mam, ale ona chyba nie­modna!

– Też mi nowina – pomy­ślałam jak wszystko w tym skle­pie, ale na głos oka­za­łam zain­te­re­so­wa­nie:

– Niech pani pokaże

Kobieta poszła do małego kan­torku na tyłach sklepu, który szum­nie nazywał się magazynem i usły­szałam prze­kła­da­nie rze­czy w pla­sti­ko­wych wor­kach. Po jakiś pię­ciu minu­tach kiedy już stra­ci­łam nadzieję na odna­le­zie­nie zabytku, usłyszałam rado­sny krzyk:

– A tutaj się ukry­łaś!

Wróciła do mnie try­um­fal­nie nio­sąc coś, co wyglą­dało jakby przed chwilą pies to pożarł, a następ­nie wypluł z gar­dła. Lniana pro­sta sukienka, czasy świet­no­ści miała już dawno za sobą, o ile kie­dy­kol­wiek takie okre­śle­nie mogło się jej tyczyć. Ale miała nie­wąt­pliwie dwa atuty, była tania i czarna.

– Biorę – Ze zdzi­wie­niem usły­szałam swój głos. Doku­pi­łam raj­tuzy, zabra­łam suk­manę i odpro­wa­dzana przez zdzi­wiony wzrok pani Jadwigi wyszłam ze sklepu. Spoj­rza­łam na mojego wysłu­żonego rzę­cha i powie­dzia­łam:

– No to wio rumaku w drogę!



Zainteresowały cię losy Cecylii? TU możesz przeczytać historię od początku.

Pozdrawiam 

 
    
     
 

środa, 11 maja 2016

Całe życie niewidoma cz.3


    A miało być tak pięknie. Nasza miłość  zaczęła się od drugiego zdarzenia. Od drugiego, bo pierwsze nie zasługiwało na jakąś większą uwagę, oprócz Altacetu oczywiście. Nie ma o czym mówić, ot kopnął mnie w kostkę w szóstej klasie podstawówki, bo zajęta rozmową z koleżankami, nie zauważyłam, że coś do mnie mówi. 
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka