niedziela, 30 marca 2014

I love frytki


     
 Nie wiem, kto pierwszy wrzucił pokrojonego ziemniaka na rozgrzany olej!!. Nieświadomie, ta osoba przyczyniła się do poprawy egzystencji w podróży, rzeszy wdzięcznych rodziców. Prosta potrawa, często ratuje ich potomków. Przed niechybną śmiercią głodową. Bo na palcach jednej ręki mogę policzyć takie, które ich nie lubią.

 A jest z czego wybierać. Proste, karbowane, w supełki i gwiazdki wydziergane, że tak pozwolę sobie porymować. 

Pamiętam, gdy chodziłam do kina ze znajomymi. I spokojnie mogłam obejrzeć film. Bez pełzającego po tobie, dziecięcia.To były czasy!!. 

Zawsze po seansie, szliśmy z paczką na frytki. Do pobliskiego baru, który wyglądał jak zwykła mordownia.  Próżno było w nim szukać gwiazdek Michelin. Pan Modest Amaro, pewnie by na to miejsce, nawet nie splunął.

Każdy się cisnął w długiej kolejce. Łypiąc na boki groźnym wzrokiem. Gotowy w razie czego przelać krew, pilnując swojego miejsca. Gały nam wyłaziły z orbit, gdy patrzyliśmy na skwierczące na oleju pokrojone ziemniaki, które subtelnym ruchem kowala. Mieszała dobrze nam znana bufetowa. 
Babsko było wredne. Słynne było jej delikatne.
-Czego?!!! - kiedy pytała się klienta, jakie ma pragnie?. A czego?!!!, o to już nie trzeba było nas pytać. Bo na wyścigi mogliśmy odpowiadać!.
-Frytki bogini nam daj!!!

Bogini, wielkim metalowym cedzakiem nakładała nam ziemniaczaną ambrozje. I często używała delikatnej zachęty, byś szybko wyniósł się z kolejki. Pocieszając dobrym słowem.
-Zabierać i wypieprzać!!!

Szczęśliwiec odbierał posiłek, patrząc z wyższością na plebs stojący w kolejce. I niespiesznie, by wszyscy poczuli zapach. Udawał się do stolika.
Na blatach wyściełanych obrzępoloną ceratą sprowadzoną z krańców świata, stały słoiki wypełnione solą. W wieczkach, były zrobione dziury śrubokrętem. I tu zaczynała się zabawa. Dlaczego zapytacie?
Ano dlatego, że po pierwsze jak dziury były za duże. To przesoliłeś przysmak tak mocno, że zamiast go spożyć. Szukałeś frajera, któremu mógłbyś opchnąć frytki za pół ceny. 
A po drugie, jakieś "człowieki". To pewnie ci z końca kolejki. Często odkręcali pokrywki słoika, a nieświadoma ofiara zamiast posolić. To na talerzu, miała kopalnie Wieliczki. Frytek już nie było widać. Za to wyraźny był wzrok godny bazyliszka, naszej bogini, który mówił.
-Jeszcze raz cholero, cię zobaczę na moim terenie!!!

"Cholera" wynosiła się jak niepyszna i następnym razem spożywała frytki na dworze. Przynajmniej przez jakiś czas, by bogini mogła zapomnieć. 

Takie to były czasy, nic nie przychodziło łatwo. Poza ospą wietrzną i zgagą.

Teraz na każdym kroku, masz "fryturlandie". Boginie, zastąpili ludzie w takich samych uniformach. Nie zmieniło się tylko uwielbienie dzieci, do podpieczonego przysmaku.

Pozdrawiam





8 komentarzy :

  1. A moj frytek nie lubi :) J.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha poczekaj spotka się z Drugorodnym, ten go przekona do frytek:)

      Usuń
  2. mu uwielbiamy ziemniaczane, karbowane frytki
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A nie mówiłam, każdy ma swoje ulubione:)

      Usuń
  3. Zapachniało mi frytkami :) I wspomnienia wróciły , zwłaszcza z "solniczką " . Sama kiedyś taki numer koleżance odwaliłam ....Niby nic nie przychodziło łatwo , ale wszystko było jakieś inne. Pamiętam jak z koleżanką leciałyśmy z pieniążkiem w garści po lody włoskie . Rozwodnione jak cholera , ale...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. haha właśnie to się pamięta, ten zapach frytek, które przecież nie były na każdym kroku. A lody włoskie, wszyscy je uwielbialiśmy i były takie tanie:)

      Usuń

Zapraszam do rozmowy ze mną przez komentarze. Będzie mi miło, jak dołączysz do dyskusji.

Obraźliwe teksty, jak i jego właściciela od razu wywalę.

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka