Jak zwiedzić Paryż w jeden dzień? cz1. Wieża Eiffla



Paryż zawsze przyciągał ludzi do siebie. Kto nie słyszał o francuskim pocałunku. Słynnym Moulin Rouge z tancerkami, które odkrywały co nieco. Wzgórze Montmartre, ze śmietanką bohemy Paryża i ona Wieża Eiffla.

Z Antwerpii do Paryża jest jakieś 350 km. Spokojnie oni mają autostrady i to nie na papierze. Nawigacja pokazała nam jakieś trzy i pół godziny jazdy.
Ruszyliśmy zaraz po śniadaniu. Wyjechaliśmy z Belgi i wjechaliśmy na teren Francji.
Po drodze minęliśmy zjazd na Dunkierkę:). Kto jeszcze nie oglądał francuskiego filmu "Nietykalni"?To szybciutko nadrobić braki. Ci co oglądali, wiedzą o co mi chodzi:). I pojechaliśmy dalej, w kierunku Paryża. 
Droga minęła nam dosyć monotonnie, zwiedziliśmy pobliskie toalety. Trzymając się zasady nie zatrzymujemy się na tych bezpłatnych. Dlaczego wyjaśnienie tutaj.
Pełni energii i z głową pełną marzeń, wjechaliśmy w podwoje Paryża.
Początek był nawet sympatyczny. Już z daleka widać słynną żelazną damę. Ekscytowałam się jak dziecko:

- Patrzcie jest! Jest tam!
 - I tam!


Nagle ktoś zajechał nam drogę, z pasa z nakazem skrętu w prawą stronę, a to był dopiero początek. 
Minęliśmy okrągłą prowizorkę, czyli małe betonowe rondo. I wjechaliśmy w szeroką ulicę. Jak się okazało była to Chanse Lize (Ulica Świata). 

Na jej końcu pysznił się Łuk Tryumfalny. 


Nie dane było nam się nim pozachwycać z okien samochodu. Byliśmy zajęci czymś innym, właśnie walczyliśmy o przetrwanie na rondzie. Rondo znajduje się na placu Charlesa de Gaullea. Pamiętacie Griswoldów, w ich podróży po Europie, kiedy jeździli w kółko chyba w Anglii? Nie chcieliśmy popełnić tych samych błędów i trzymaliśmy się zewnętrznej strony. Co też nie okazało się świetnym pomysłem, bo prosto na nas z boku pędziły autobusy, samochody, motocykliści, taksówkarze i Bóg wie jakie machiny, które chciały się włączyć do ruchu. I ani myśleli zatrzymać się by przepuścić przejeżdżających. Normalnie wolna amerykanka i to we Francji. 
Jakoś udało nam się zjechać z tragicznego ronda. Naszym celem był podziemny parking, który się mieści pięć minut spacerkiem z czterolatkiem od wieży Eiffla. Parking dosyć fajny, standardowe miejsca. Cena za godzinę 3,50 euro. Toalety na piętrze -1. Może to nie Wersal, ale jak przypili to, nie ma co narzekać.

Wolni od fizycznych stresów, mogliśmy się udać pod wieże.
Gdzie przywitały nas niezmierzone tłumy.


Jak na kogoś, kto miał istnieć tylko przez dwadzieścia lat, wieża trzyma się świetnie. Po krótkim szoku, milionie zdjęć z każdej pozycji, postanowiliśmy poszukać kolejki nie do windy, ale do schodów. Nadobny małżonek poświęcił się dla ogółu i powiedział, że wniesie Drugorodnego na  drugie piętro. 
Oczywiście kolejki do windy są o wiele dłuższe jakieś 1,5 godziny ogonkowania. W naszej do schodów, czekaliśmy góra 45 minut. 
Chyba nikogo nie zaskoczę, jak napiszę, że bilet kupuje się w kasie, następnie trzeba udać się do wejścia, gdzie musisz wyładować wszystkie metalowe rzeczy, na metalową płytkę.

Wnoszenie puszek z napojami jest zabronione, musicie o tym pamiętać. Przed wejściem są pełne worki z puszkami.  Za to plastikowe butelki już śmiało można wnieść, więc nie zaschnie wam w gardle. 
Trzeba przyznać, że cena za wejście nie jest wygórowana. My zapłaciliśmy, dorośli po 5 euro, Pierworodny (15 lat) 4 euro, a za Drugorodnego (4 lata) zapłaciliśmy 3 euro. Wejście tylko do drugiego piętra. Na Drugim piętrze, w następnej kolejce i po kupnie drugiego biletu, wjeżdża się na szczyt.


Pogoda była piękna, a temperatura dochodziła do dwudziestu stopni Celsjusza. Po pokazaniu wszystkich metalowych rzeczy, łącznie ze złotymi plombami. Wparowaliśmy na schody. Piszę wparowaliśmy, bo nie można było nazwać chodem tego jak się przemieszczaliśmy. Drugorodny poprowadził peleton. Przebiegł pod rękoma jakiś Francuzów, my by go nie zgubić, zrobiliśmy to samo. Francuzi jacyś dobrze wychowani ludzie, czego nie można było powiedzieć o naszej rodzince z uśmiechem na ustach przepuścili pędzących szaleńców. I właściwie biegiem wparowaliśmy na pierwsze piętro. Pobijając pewnie przy tym jakiś rekord, albo nawet kilka. Schody są na pewno wygodne do biegania, więc do chodzenia też. Dlatego, jeżeli nie ograniczają was wózki dziecięce lub choroby stawów. To wejście na piechotę nawet z czterolatkiem nie jest jakimś ogromnym wysiłkiem. Mijaliśmy po drodze dużo starszych osób, mogli stanowić przykład dla rzeszy młodych czekających w długiej kolejce do windy.
Kilka pamiątkowych fotek, lokalizacja kolejnych atrakcji i dalej w górę. 





 


Tym razem już bardziej statecznie, bo mijaliśmy się ze schodzącymi w dół turystami.
Na drugim piętrze większe tłumy, a miejsca dużo mniej niż na pierwszym poziomie. Plus na małym balkoniku ściśnięci ci, co czekają by kupić bilet i chcą wjechać windą na samą górę. Postanowiliśmy sobie odpuścić wjazd na szczyt, bo czas nas gonił, a chcieliśmy coś jeszcze zobaczyć. Może następnym razem?. 

Trzeba przyznać, że nawet najmłodszemu się podobało. Widok jest świetny. Wszystko widać jak na dłoni i właściwie można tylko wskazywać palcem, co jeszcze można zobaczyć.
Mnie najbardziej przyciągał widok wzgórza Montmartre, z pyszniącą się na tle bazyliką  Sacre Coeur. Chciałam tam pojechać, ale kołatało mi w głowie, czy zdążę to zrobić? Zostało nam niewiele czasu, a czeka nas jeszcze powrotna droga. 


Z drugiego piętra można już zjechać windą. My nie byliśmy tego świadomi. Myśleliśmy, że jak wchodzimy na piechotę, to musimy też zejść. Co jest nieprawdą.
Zeszliśmy na pierwsze piętro, gdzie znajduje się jeszcze jedna atrakcja. To przeźroczysta kładka, pod nią widać czekających męczenników, którzy stoją do kas biletowych.
Oczywiście polecam, niezłe przeżycie. 

Chwilę postaliśmy w kolejce czekając na windę. Kilka przepuściliśmy. Bo ci co jadą z drugiego piętra skutecznie ją obciążają, a umieszczona w środku waga skutecznie weryfikuje ilość "człeków" wsiadających na pierwszym piętrze. 


W końcu nadeszła nasza kolej i z zadowolonym Drugorodnym na czele, wpakowaliśmy się do ruchomego pomieszczenia.  Krótka jazda na parter. Godzina 12.30 i o dziwo, kolejki do kas były jakby mniejsze. 

Postanowiliśmy obejść Pola Marsowe. Moja wizja zjedzenia ciasta piknikowego na trawce, musiała ulec zmianie. Pola ogrodzono i nikt na nie nie może wejść. Przemieszczaliśmy się wokoło, żwirową drogą. Pozostawiając za sobą tumany kurzu, niczym stado bizonów na prerii. 


Blisko wieży stoją autobusy wycieczkowe, które za 29 euro od osoby przewiozą was po całym Paryżu, odwiedzając po drodze wszystkie atrakcje. 
  
My nie mieliśmy tyle czasu i wróciliśmy na parking. Nasz kolejny cel, Katedra Notre Dame. I wtedy zabawa dopiero się zaczęła........



Zapraszam do przeczytania drugiej części "Jak zwiedzić Paryż w jeden dzień cz.2"

Pozdrawiam



 

14 komentarzy:

  1. zdecydowanie powinnas przewodniki pisac :) usmiech mi z mordki nie schodzil :) Pozdrawiam, J.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha Czemu nie:), mam nadzieję, że tylko ktoś chciałby to czytać:))

      Usuń
  2. chyba sobie wydrukuje Twój wpis, tak na przyszłość jak będę chciała do Paryża pojechać.
    Nikt mnie tak nie poprowadzi, jak Ty
    ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aż mi się miło na sercu zrobiło:) W razie pytań, wiesz kogo szuka:)))

      Usuń
  3. Czytając twój wpis można się przenieść w to magiczne miejsce jakim jest Paryż :)
    czekam na więcej
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze dzisiaj kolejny wpis, oczywiście jak się ogarnę:))

      Usuń
  4. Odpowiedzi
    1. A proszę bardzo:), polecam się na przyszłość:))

      Usuń
  5. Świetny opis i zdjęcia , samej mi się zachciało do Paryża.... Tylko , że jako ja pechowa to nie wiem co by się działo :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej Iwona, tam nie ma mowy o żadnym pechu:), bo co chwilę, może ci się coś stać. Jadąc na przykład samochodem:)). Więc wal jak w dym, nic ci się nie stanie:))

      Usuń
  6. korzystając z Twojego wpisu jutro będę z rodzinką podróżować po Paryżu


    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bawcie się dobrze, to naprawdę piękne miasto:)

      Usuń
  7. Zdjęcia są przepiękne. Aż się chce wszystko rzucić i ruszać na podbój Paryża :). Jak kiedyś będę tam jechać, to na pewno wrócę do Twojego wpisu.
    Przy okazji, gratuluję bloga. Znalazłam wiele ciekawych postów i na pewno do Ciebie wrócę :).

    Pozdrawiam i zapraszam do siebie
    Książkowe Wyzwania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, to już prawie rok, a ja wciąż tęsknię za tym miejsce. Samochodem jeździ się tam koszmarnie, ale przecież to Paryż, tyle lat i te atrakcje:)) Dziękuję za miłe słowa, oczywiście odwiedzę:)

      Usuń

Zapraszam do rozmowy ze mną przez komentarze. Będzie mi miło, jak dołączysz do dyskusji.

Obraźliwe teksty, jak i jego właściciela od razu wywalę.

Copyright © 2016 Mam do powiedzenia , Blogger