Jak zwiedzić Paryż w jeden dzień? cz.2 Katedra Notre Dame i Wzgórze Montmartre

     

Wyjechaliśmy z parkingu i włączyliśmy się w tłum kierowców.  Nasz cel Katedra Notre Dame. Przed wyjazdem z domu przygotowałam nazwy ulic, przyporządkowane do każdej atrakcji. Tak..., tylko zeszyt został bezpiecznie w domu, co by się pewnie biedaczyna nie zgubił.

Zanim jednak dojechaliśmy do katedry, postanowiliśmy, że pokręcimy się wokół wieży Eiffla i przeprawiliśmy się na drugi brzeg Sekwany.  
Powoli zaczynało do nas docierać, że w tych warunkach i tym konkretnym mieście, nie będzie nam łatwo prowadzić samochód zgodnie z przepisami. Nadobny małżonek skupiony na drodze, wytyczał trasę. Ja jako pilot informowałam.
- Uważaj! Niebezpieczna babcia na drugiej! - Kobiecina nawet nie starała się wrzucić kierunkowskazu. Po prostu sobie odbiła w lewo i o mało co się z nami zderzyła.
- Jedź szybciej!, bo ten głupek na skuterze, zaraz nam wjedzie pod koła!
Nagle zjechaliśmy w dół, ulica poprowadziła nas nad samą wodą. Okazało się, że to ta sama, którą uciekał przed pościgiem Matt Damon grając Jasona Bourna.





 My się z nikim nie ścigaliśmy, ale czuliśmy, że jesteśmy ścigani. Kto żyw na ulicy, siedział nam na plecach, wróć tzn. na zderzaku. Nagle po prawej stronie ukazał się naszym oczom  znajomy widok .
- Patrz to Statua Wolności! - krzyknęłam do Nadobnego Małżonka.

Rzeczywiście, to kopia tej, co stoi w Nowym Yorku, którą Amerykanom podarowali Francuzi. 
Posąg znajduje się na tak zwanej Wyspie Łabędziej. i stoi nad Sekwaną w pobliżu wieży Eiffla. 


Niebieska pani śmignęła nam po prawej, cyknęłam jej zdjęcie. Postanowiłam sobie w duchu, że następną Statuę Wolności jaką zobaczę, to tylko oryginał. Więc panie Obama, znoś te wizy, bo chciałabym ją zobaczyć jeszcze przed śmiercią.  

Naszym celem była Katedra Notre Dame. Jak już pisałam zeszytu z adresami nie zabrałam. Nawigacja nam pokazywała około trzydziestu adresów ze słowem Notre Dame, łącznie z ciocią Zosią Notre Dame, ale żadnej Katedry nie było. Wybraliśmy jeden, najbardziej prawdopodobny. I ruszyliśmy w kierunku naszego celu. Okazało się, że głupi ma więcej szczęścia niż rozumu i udało nam się dojechać na miejsce, nie wioząc staruszek na masce i ciągnąc jakiegoś kota za sobą. 


Znowu podziemny parking, zaraz koło katedry. Taka sama cena 3,50 euro za godzinę. Znaleźliśmy wolne miejsce. Zabraliśmy aparaty, plecaki, dzieci (niekoniecznie w tej kolejności) i podążyliśmy w jej kierunku. 

Moja siostra zapewniała mnie, że bez problemu się dostaniemy do środka, bo tam nie ma kolejek. Tymczasem naszym oczom ukazały się długie kolejki, jak za czasów świetności PRL-u.

 
Radzi nie radzi, cyknęliśmy kilka fotek. Pierworodny wychowany na bajkach o Dzwonniku z Notre Dame przechadzał się wte i wewte nie wierząc we własne szczęście. Drugordny, też się przechadzał krzycząc z nudów. Więc zapakowaliśmy towarzystwo do samochodu. Kolejny cel Wzgórze Montmartre.  
Znowu ta sama historia z nawigacją. Wybraliśmy na chybi trafił, totolotek byłby z nas dumny i dodaliśmy gazu. No dobra żartowałam, jechaliśmy na jedynce starając się nie umrzeć z nudów. Szybko jednak spotkała nas dosyć subtelna odmiana, a nuda to była ostatnia rzecz, na którą mogliśmy narzekać. Na wizytę w Luwrze nie mieliśmy co liczyć, na to podobno nawet dwa dni jest za mało, ale chociaż sobie przejechaliśmy obok,
 a właściwie od zaplecza. 


Paryż sobie liczy około dziesięć milionów mieszkańców. I w tamtym momencie, miałam wrażenie, że wszyscy wyjechali samochodami, skuterami, rowerami, wózkami widłowymi i co tam mogło się poruszać, łącznie z kosiarką do trawy, by nam dokopać.

Nikt nie trzyma się czegoś tak bzdurnego jak przepisy, kto by się nimi przejmował?. Najlepsze, że policja w ogóle na to nie zwraca uwagi. Już widzę nasze służby mundurowe, które by piały ze szczęścia wlepiając kolejny mandat. Daję głowę, że niedługo ich posterunki by kapały od złota, a betonowe posadzki, marmur by zastąpił. W Paryżu mam wrażenie, że wszyscy mają to w dupie, tam się tak jeździ i koniec. Albo się dostosujesz, albo możesz usiąść gdzieś w kącie płacząc z rozpaczy i prosząc by ktoś cię łaskawie przepuścił. 


Chyba najgorsze są skutery, wcisną się w każdą dziurę. Nie możesz zostawić przestrzeni przed sobą, bo już jakaś cholera w kasku tam się za chwilę znajdzie. Nie lepsi są rowerzyści. Osobiście widziałam, jak jakiś wariat, prawie wjechał pod autokar pełen turystów. Akurat mu się przypomniało, że musi skręcić w lewo.
Światła sygnalizacyjne, są a jakże! Nie wiem po co?... Ale są. Choć nikomu się właściwie nie przydają. Łącznie z przechodniami, którzy myślą, że są niezniszczalni. Lezą z dziećmi prosto pod koła, wyłażą zza samochodów, wiat i zza czego tam można jeszcze się wyczłapać. Także uważajcie.
Francuzi jeszcze nie wiedzieli, że trafili na zarazy z Polski. I nie w smak było nam płakać w kącie. Na pierwszy ogień poszła stateczna para, która na czerwonym świetle niczym święte krowy przełaziła przez przejście. Tak szybko znaleźli się po drugiej stronie, że ich pies pewnie do dziś chodzi z wytrzeszczem oczu. Główne skrzyżowanie, mamy zielone światło, ale nie możemy przejechać. Idioci z drugiej strony wjechali na czerwonym świetle i je zablokowali. Krótkie porozumiewawcze spojrzenie, pchamy się. Światła się zmieniły, teraz my wjeżdżaliśmy na czerwonym, przeciskając się przez blokujące przejazd samochody. Na trąbienie, byliśmy głusi. Nadobny małżonek, krzyczał.
- A co wtedy wjeżdżaliśmy na różowym? Wypchajcie się!

Normalnie od trzech godzin człowiek przebywał w Paryżu i już schamiał do cna, cóż robić? Jak tak trzeba. Trudno, może nam dadzą honorowe obywatelstwo? Jedziemy dalej, nagle stoimy w korku, o co chodzi? A to tylko autobus z turystami stoi i czeka na miejsce. Co tam, że wszystkich zablokował, on czeka na miejsce! Wszyscy sobie trąbią klaksonami w rytm marsylianki, pan z tyłu w Peugocie  z braku rozrywki, grzebie sobie paluchem w nosie. Na chwilę, przerwał zajmujące zajęcie, by użyć klaksonu i znowu wrócił do ciężkiej pracy.  


W końcu ruszyliśmy dalej w kierunku Wzgórza Montmartre.
Nie ukrywam, że to miejsce bardziej mnie interesowało niż sama Wieża Eiffla. Skręciliśmy w lewo i zaczęliśmy się wznosić ostro w górę.

 Najgorsze, że pogoda zaczęła się psuć. Słońce ustąpiło miejsca ciemnym chmurom, z których zaczął padać deszcz. 


Na domiar złego zerwał się silny wiatr. Ulice wąskie i jednokierunkowe. Brak wolnych miejsc parkingowych. Przejechaliśmy trasę raz, nic. Przejechaliśmy drugi raz, o jest miejsce, a nie ten przed nami się wcisnął. Trzecie kółko znaleźliśmy idealne miejsce. Czyli takie, że nikt już przed nami nie zaparkuje. Co jest bardzo ważne, bo samochody się tutaj parkuje zderzak w zderzak, dosłownie. Nikt nie zaciąga, ręcznego by można było przepchnąć samochód. Smagani wiatrem i oblewani deszczem parliśmy do przodu pośród małych knajpek i barów, by schronić się w Bazylice Sacre Coeur.  







Tam na szczęście kolejek nie było. W świątyni cicho i przytulnie. Każdy powoli przemieszczał się pomiędzy nawami. Zrobiłam kilka zdjęć, zanim ochrona mnie ochrzaniła, że nie można tego robić. 



Oczywiście zastosowałam się do próśb, jak nie wolno, to nie wolno. Zostało mi kilka pamiątkowych zdjęć. Kiedyś trzeba było opuścić, zaciszne miejsce. I z powrotem znaleźliśmy się na zimnym i deszczowym dworze. Niedaleko bazyliki jest Cmentarz Montmartre. Śpi na nim snem wieczystym wiele osobistości francuskich, a także kilku znamienitych polaków. Jedną z wielu jest tragicznie zmarła piosenkarka Dalida.

Pogoda nie zachęcała do zwiedzania, choć pewnie gdyby nie było z nami dzieci. To z Nadobnym Małżonkiem, byśmy sobie nie odpuścili tej przyjemności.


Doczłapaliśmy się do auta i zaopatrzeni w nowe doświadczenia, ruszyliśmy w drogę powrotną. Znajomi nam odradzali, co wy zobaczycie w jeden dzień? Trzeba przyznać, że zobaczyliśmy i to dużo. Nie żałuję jazdy samochodem po zatłoczonych uliczkach, właśnie ona pokazała prawdziwe oblicze Paryża, nie wymuskane atrakcje. 
Wszędzie otaczają cię ludzie. Jedni tu mieszkają i muszą sobie poradzić w tym przeludnionym świecie. Inni tak jak my, z mapą w dłoniach i plecakiem na plecach. Przeciskają się przez tłumy, z rozdziawioną buzią gotowi obejrzeć kolejne atrakcje. W każdym razie, Paryż to piękne miasto i odwiedźcie je chociaż raz.


Pozdrawiam





10 komentarzy:

  1. Świetna relacja z wycieczki, powinnoaś pisać przewodniki :) a samej podróży zazdroszczę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hhaha oczekuję propozycji, ja tam mogę podróżować:))

      Usuń
  2. ha ha ha Europejska stolica kultury :D Wyobrażam sobie siebie siedzącą i panikującą w samochodzie :) Super oddałaś atmosferę miasta. Piękne zdjęcia i miasto mimo wszystko też .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo miasto jest naprawdę piękne i warto je odwiedzić:)) chociaż jeden raz w życiu. A jazda samochodem to tylko pryszcz, zawsze można wsiąść do metra:)))

      Usuń
  3. Ja z rodziną w zeszłym roku zwiedziłem Rzym w jeden dzień też się udało i też mam czterolatka. We wrześniu jak nic nie popsuje planów to Paryż :-) dzięki za relację przyda się.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super!! cieszę się, że pomogłam:)) Życzę wam miłego zwiedzania i oczywiście wbiegania na Wieżę Eiffla:))

      Usuń
  4. Nigdy nie patrzyłam na Paryż z perspektywy kierowcy, ale po przeczytaniu chyba dalej zostanę przy pomykaniu metrem ;p Z tymi przepisami to śmiesznie jest, niby się wydaje, że wszyscy je olewają, a od znajomego Francuza usłyszałam, że po prostu wiedzę w którym miejscu mogą sobie na co pozwolić, bo mandaty do niskich nie należą ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz my też chętnie byśmy się poruszali metrem. Niestety czas nas gonił i żeby zobaczyć więcej rzeczy musieliśmy skorzystać z samochodu. Ja miałam wrażenie, że oni totalnie olewali przepisy. Nie wspominając o przechodniach, którzy włazili ci pod koła. Może ta wolna amerykanka dotyczy tylko centralnych arterii miasta:)

      Usuń

Zapraszam do rozmowy ze mną przez komentarze. Będzie mi miło, jak dołączysz do dyskusji.

Obraźliwe teksty, jak i jego właściciela od razu wywalę.

Copyright © 2016 Mam do powiedzenia , Blogger