Willkommen in Berlin cz.1



Człowiek całe życie się uczy i często żyje stereotypami. Coś tam usłyszał, coś widział i ma już wyrobione zdanie.
Nie inaczej było z naszą wycieczką do Berlina. Tymczasem dwudniowa wizyta w stolicy Niemiec podobała się nam bardziej, niż zwiedzanie Paryża. 

 Wracając z Antwerpii, postanowiliśmy już szybciej, że zatrzymamy się na dwa dni w Berlinie. Naszym głównym celem była Wyspa Tropikalna.
Jazda autobanami, to prawdziwa przyjemność. Choć i ich nie omijają korki, czy roboty drogowe. To świństwem byłoby się przyczepić do czegoś

Pędziliśmy nie niepokojeni przez nikogo i po kilku godzinach zauważyliśmy zjazd na Berlin. 
Hotel zamówiliśmy już szybciej, jeden duży apartament dla czterech osób w hotelu Aster

 Hotel się mieści w starej kamienicy. Zaparkować można na bezpłatnym parkingu. Przy czym należy pamiętać, że jest to miejski parking niestrzeżony i bezpłatne są tylko miejsca na placu pomiędzy dwoma ulicami.


 Za te wzdłuż ulicy już się płaci. Miejsc nie brakuje, jeżeli nie ma ich przed samym hotelem, można zaparkować za nim. Recepcja na pierwszym pietrze, miły pan przekazał nam klucze do pokoju, mapę z atrakcjami Berlina. Rozkład linii metra, na których nam zależało i karteczkę z kodem do wi-fi. 
I już mogliśmy się udać na czwarte piętro, do naszego apartamentu:). 

Pokoje są wydzielone, z wielkiego mieszkania, którym kiedyś było. Wielkie podwójne drzwi, otworzyły się przed naszą gromadką. I mogliśmy nacieszyć oczy, wielkim małżeńskim łożem i dwoma pojedynczymi łóżkami dla chłopaków. 
(Oczywiście zdjęcie powyżej zrobiłam już następnego dnia:). I wyraża radość z upojnej nocy i przystępnej ceny lokalu of course.)

Czysto i schludnie jak to w niemieckich hotelach. Na łóżkach ładna biała pościel i takiego samego koloru ręczniki, nie licząc cukierka na powitanie każdego gościa:). Łazienka z prysznicem bez zarzutu. Białe kafle jak w szpitalu, ale najważniejsze, że czyste. Dla nas wystarczy, przecież i tak mieliśmy tam tylko jeść śniadanie i spać.

Wpakowaliśmy się z torbami, plecaczkami i walizami. Chłopcy pożarli cukierki, w takim tempie jakby słodycze widzieli ostatnio w wczesnych latach dzieciństwa. Odpaliliśmy telewizor i jak się okazało Spandzbob  w wersji niemieckiej też się do czegoś nadał. Bo Drugorodny dał nam się spokojnie rozpakować, wlepiając okrągłe ślepka w kreskówkę. 

Jeżeli zabieracie moje drogie panie rodową biżuterię w podróż. Lub panowie nie mogą rozstać się ze swoimi Roleksami. To możecie czuć się bezpieczni, bo w każdym pokoju jest sejf. 

My nie zabraliśmy ani sreber rodowych, ani nawet jednego złotego łańcuszka. Bo nie przypominam sobie, bym nawet jakiś miała. Więc sejf przez całą naszą bytność w pokoju, nie był przez nas niepokojony. Właściwie to bardziej my go chroniliśmy, przed lepkimi rączkami naszego Drugorodnego.

Spandzbob się skończył. Włączyły się reklamy, od których naród niemiecki też nie jest wolny. 

Ubraliśmy się w wygodne rzeczy, żadnych szpilek i białych skarpetek w lakierkach. 
Zabraliśmy mapę z atrakcjami Berlina i liniami metra i ruszyliśmy w drogę. 
 Trzeba przyznać, że lokalizacja naszego hotelu jest świetna. Blisko do autostrady, do metra stacji Theodor-Heuss-Platz mieliśmy jakąś minutę drogi. 

Co najważniejsze, jest to linia metra U2, która jeździ na trasie najważniejszych berlińskich atrakcji. 
Wybraliśmy bilet rodzinny, zabijcie mnie nie pamiętam ile zapłaciliśmy, ale wiem, że bardziej się opłacało kupić w jedną stronę, niż całodniowy. Bilety kupujesz w automatach w tunelu i te cholery czasem nie przyjmują jakiś pieniędzy. Polecam mieć drobne przy sobie.
Nasz pierwszy cel Aleksanderplatz. Po jakiś trzydziestu minutach, telepania się pociągiem byliśmy u celu.
Po wydostaniu się z tunelu, naszym oczom ukazała się górująca nad wszystkimi budynkami wieża telewizyjna.


 Kiedyś przez dwa tygodnie byłam na szkoleniu w Berlinie i już ją odwiedziłam. Teraz chciałam pokazać mojej rodzinie.Na placu pełno sklepików z pamiątkami gdzie można kupić mydło i powidło. Hitem są futrzane czapki uchatki z znaczkiem byłego NRD. Na placu pełno turystów (wiedzieliście, że ten plac odwiedza codziennie 300 000 osób?), którzy nie zauważają wielu pijanych i bezdomnych zalegających na ławkach, cykając swoje fotki.

Przeszliśmy, przez budynek dworca kolejowego i weszliśmy do hali wieży telewizyjnej. Była godzina 19, a w środku ruch jak w Paryżu na wsi. Kolejka ogonkuje do kas, zawinięta jak ślimak. Mało tego wielkość kolejki o niczym nie świadczy, po zakupie biletu jesteś informowany, ile teoretycznie (bo nikt ci nie powie konkretnie) czasu musisz czekać, by wjechać windą na górę i może być to od godziny wzwyż. Jak byłam tutaj ostatnio, to nie przypominam sobie takich szopek. Troszkę się czekało, ale było to nie więcej jak dwadzieścia minut. Co prawda to był  Listopad, ale przecież Kwiecień też nie jest miesiącem letnim!!. Nas czekała jeszcze droga powrotna, więc postanowiliśmy, że jak się uda to wrócimy tutaj w dzień wyjazdu. 
Metro zawiozło nasze drogocenne tyłki i umęczone kulasy do hotelu. Blisko niego znajdują się tureckie knajpki z jedzeniem w przystępnych cenach. Więc skorzystaliśmy z ich podwoi i wcinając na dworze ostre potrawy, otoczeni starymi kamienicami. Rozkoszowaliśmy się zachodzącym słońcem. Niedaleko znajduje się też duży sklep, który zaopatrzył strudzonych rodziców w napoje wyskokowe, a dziatwę w gazowane. I mogliśmy już wracać do pokoju. 
Szybki prysznic, orzeźwił członki. Drugorodny nie narzekał, że pije zimne mleko, choć w domu by go nie ruszył. Pierworodny nie narzekał, że ogląda film o jakiś sympatycznych psach i złych kotach w języku niemieckim. Więc mogliśmy otworzyć wino i rozkoszować się chwilą. 

Pozostał tyci problem. W domu Drugorodny śpi w swoim pokoju. Jak on ma zasnąć?, przy zapalonej nocnej lampce. Rozprawiających o atrakcjach rodzicach?. Czytającym "Hobbita" Pierworodnym, który co chwila informował. Gdzie jaka z postaci poszła i co robiła. To nie mogło się skończyć dobrze. 
Młody dostał takiej głupawki, że zaczął się śmiać. Wiadomo śmiech jest zaraźliwy, więc za chwilę i my się śmialiśmy. Czułam przez ściany, jak lokatorzy innych pokoi, ostrzą sobie na nas noże i odprawiają zdrowaśki by nas jakaś zaraza pochłonęła, lub przynajmniej dyfteryt dopadł. 
W końcu udało się, młody śpi. Pierworodny też zasnął, śniąc pewnie o przygodach Hobbita. 
W końcu i nas zmorzył sen. Zamknęłam oczy, chcę tylko spać, spać, spa.......

Zapraszam do przeczytania drugiej części " Willkommen in Berlin cz2"

Pozdrawiam

Ps. Jeżeli podobają ci się moje posty, polub Mam do powiedzenia

6 komentarzy:

  1. Jasna cholera ... Siedzę w pracy i a to jestem a Paryżu , a to w Berlinie robiąc bardzo mądrą minę do monitora :) Fajnie piszesz. Wciąga . Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha Iwona, naprawdę nie chciałam przeszkadzać:))). Zawsze to lepiej być w Paryżu, lub w Berlinie niż w pracy:))))

      Usuń
  2. no jak nic na przewodnika sie nadajesz :) wydrukuj, sklej i sprzedawaj na allegro :) Pozdrawiam J. p.s swoja droga to sama zaczelam o wakacjach myslec :D a i wez Kochana zmobilizuj lenia do biegania ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej Kochana, mówisz skleić i wydrukować:)), już się robi, tylko kupię klej:)))). Wczoraj chciałam odpowiedzieć na twojego meila, ale nie mogłam, walczyłam z Trojanem, jakaś zaraza mi podłożyła wirusa i wysyłała spamy z mojej skrzynki. Zablokowali mi pocztę, postaram się wieczorem coś do ciebie skrobnąć, albo jutro:))) Mam nadzieję, że przekonasz męża na ten sierpień:))).
      Już cię mobilizuje, tutaj masz link z planem treningowym http://treningbiegacza.pl/training-plans/plan-treningowy-od-zera-do-60-minut-ciaglego-biegu-10-najczestszych-pytan-zadawanych-przez-poczatkujacego-biegacza. Miłego marszo-biegu, jak to mówi moja koleżanka musisz ruszyć dupsko:)) Ja ruszyłam i najważniejsze to się nie poddawać, a za rok zobaczysz wygrasz w maratonie:))) Pozdrawia pogromczyni Trojanów, na pohybel im

      Usuń
  3. dziękuję za post:) zaczynam planować Berlin:):)

    OdpowiedzUsuń

Zapraszam do rozmowy ze mną przez komentarze. Będzie mi miło, jak dołączysz do dyskusji.

Obraźliwe teksty, jak i jego właściciela od razu wywalę.

Copyright © 2016 Mam do powiedzenia , Blogger