czwartek, 8 maja 2014

Willkommen in Berlin cz.2 Wyspa Tropikalna



 

Tropikalna wyspa, była kolejnym celem na naszej mapie miejsc do odwiedzenia. No to korzystając z nadarzającej się okazji i my postanowiliśmy ją odwiedzić.

Rano jak zwykle Drugorodny, zrobił rodzince pobudkę.  Krótka rytualna ablucja i poszliśmy na śniadanie. 
Średniej wielkości sala, z bufetem. Jedzenie, proste i pożywne. Zjedliśmy łapczywie posiłek, bo czekała nas jeszcze droga do aquaparku. 

Naiwnie myślałam, że jak Tropical Islands leży koło Berlina. Rzeczywistość była bardziej brutalna. Nawigacja pokazała na 73 kilometry. Na trzypasmowych drogach dojazdowych, które my byśmy nazwali autostradami, a oni tylko zwykłymi drogami. Nie wiedzieć czemu ograniczenia do osiemdziesiątki!!!. Dlatego wlekliśmy się koło za kołem, wyprzedzani i otrąbieni przez Niemców, którzy za nic mieli ograniczenia!!. Po jakiś pięćdziesięciu minutach jazdy. Ukazała się nam wielka hala z której kiedyś wylatywały sterowce.

Wielkie puste parkingi straszyły przed metalową konstrukcją. Niektórzy z turystów nie wytrzymali ciśnienia i tam zaparkowali. Idąc kawał drogi do celu. My objechaliśmy Aerium i przez nikogo nieniepokojeni zaparkowaliśmy blisko wejścia. Była godzina 9.45. Pojawiało się coraz więcej ludzi, ale jeszcze nie było dramatu. Kolejka dosyć spora, ale staliśmy w niej do kasy jakieś dwadzieścia minut. 
 
Wreszcie przyszła nasza kolej i miła kasjerka, sprzedała nam bilety mówiąc do nas po polsku.

Trzeba przyznać, że za atrakcje się cenią. Za każdą osobę dorosłą, wejście tylko do Strefy Tropikalnej zapłaciliśmy po 36 euro, za Pierworodnego cena niedużo mniejsza bo 28,50 euro. Tylko Drugorodnemu się upiekło, bo dzieci do lat pięciu wchodzą za darmo. Przeliczając już po najniższym kursie jakim udało się nam wymienić złotówki na euro. Daje nam kwotę ponad 420 złotych. 

Zaopatrzeni w małe opaski z chipem udaliśmy się do przebieralni i naszych szafek. Ważne by wybierając się na wyspę. Oprócz slipek kąpielowych i stroju. Zabrać ze sobą np. lekką sukienkę, a panowie szorty i koszulkę. Bo przechadzając się pomiędzy atrakcjami, pisaną zasadą jest nie poruszanie się w strojach i kąpielówkach. W końcu jesteśmy na wyspie tropikalnej:)

Po wyjściu z przebieralni, ukazała nam się wielka hala. Wszędzie pełno roślinności, latających kolorowych ptaszków. Po naszej lewej i prawej stronie piasek, na którym otoczone tropikalnymi krzaczorami stoją liche białe lniane namioty. W których mogą spać turyści, zatrzymujący się na noc.

Idziemy dalej, chłoniemy atmosferę. Pierwsze kroki skierowaliśmy nad Morze Południowe.
Owo morze to wyprofilowany basen z gumową foto tapetą, z chmurami na ścianie. Moje pierwsze skojarzenie "Truman Show", polecam obejrzyjcie ten film. Nawet jeżeli ktoś nienawidzi Jima Carreya, naprawdę warto!!. Postanowiliśmy znaleźć wolny leżak, który jak zapewniał spot reklamowy miał być dostępny dla turystów. No i był, tylko że dla rzeszy innych wylegujących, którzy byli szybciej przed nami. Jak to szybciej?, przecież dopiero była dziesiąta?!!!, a hala jest czynna od dziewiątej!!!. 
Radzi nie radzi, musieliśmy rozłożyć nasze ręczniczki na piachu, zaraz koło wielkiego kamienia, by mieć chociaż punkt odniesienia. Pierworodny szczęśliwy pływał jak rybka. Drugorodny zbyt odważny, też tak chciał. Więc skoczył za bratem tak jak jak stał. Głębokość morza 130cm.

Wysoko w górze unoszą się balony ze szczęśliwcami, ci bardziej odważni siedzą w uprzężach. Balony się przemieszczają, dzięki sile rosłych przystojniaków, którzy trzymając linę, przechadzają się po alejkach. I takim sposobem lata się balonem po wyspie.  

Postanowiliśmy się przejść. Trafiliśmy na strefę zjeżdżalni. Po lewej stronie szeroka zjeżdżalnia dla dzieci, po prawej wysoka wieża prowadzi do trzech zjeżdżalni. Najwyżej znajduje się niebieska, na nią jest najmniej chętnych. Bo zjeżdża się jak torpeda w dół z prędkością światła. Tylko słychać huk na dole:) Dla nas już mało rzeczy jest straszne, no może poza obradami sejmu i zebraniem kolejnej komisji. 

Więc korzystaliśmy do bólu z niebieskiej zjeżdżalni. Kiedy już się nam znudziła, a może w obawie by nie gorszyć przechodniów, wypalonymi dziurami od prędkości na tyłku. Postanowiliśmy stanąć w kolejce prowadzącej do czerwonej zjeżdżalni. Na niej możesz zjeżdżać, na wielkich dmuchanych kołach. Teoretycznie po zjechaniu, powinno się oddać dmuchańca, czekającym na swoją kolej. Co poniektóre cwaniaczki, próbowały tego uniknąć. Uciekając z kołem. Szybko zrozumieli i to o dziwo w języku polskim, że muszą zmienić swoje plany. 
Na koniec została nam żółta zjeżdżalnia, do której najdłużej się stoi. Bo jest najwolniejsza. Jakoś wystałam, oblewana skapującą wodą z dzieciaków, stojących na schodach wyżej. 

Kiedy przyszła moja kolej, chciałam ruszyć z kopyta tzn. z tyłka, ale się nie dało. Próbowałam jakoś przyspieszyć, były momenty kiedy się w ogóle zatrzymałam. Kiedy moja męczarnia dobiegała już prawie końca, zostałam szybko otrzeźwiona. Bo dosłownie z boku, omijając na centymetry moje nery, przeleciała korpulentna dziewczynka. Za cholerę nie wiem jak ona się tam znalazła, bo każdy musi czekać na zielone światło, czy ktoś ją wepchnął? sama się poślizgnęła?. Nie wiem, w każdym razie, mi się już odechciało. To już nie na moje nery tzn. zdrowie. 

W końcu dotarliśmy na Lagunę Bali, która okazała się średniej wielkości basenem z wiszącą nad nią skałą. Mała dzika rzeka, którą bym nazwała wszystkim tylko nie dziką. Na krótką uwagę zasługują, dwie zjeżdżalnie, na które na szczęście można było wejść z Drugorodnym. Kolejne kroki skierowaliśmy do lasu tropikalnego. Fajne przeżycie, kiedy po ścieżkach przechadzają się bażanty. Gdzieniegdzie przeleci kolorowy ptaszek. Podobno jak to na las tropikalny przystało, zamieszkują go różne robale, które po zapadnięciu mroku sobie wychodzą. Pewnie, by rozerwać trochę turystów, zamieszkujących eleganckie letnie domki.

Za to nie podobało mi się traktowanie flamingów. Te piękne ptaki, ściśnięte na kawałku, małej przestrzeni. Ciągle narażone na błyskające flesze, tego się powinno zabronić. W takich warunkach każdy by zwariował.  To są ptaki wędrowne i wielu ludzi mogłoby się od nich uczyć wierności. Bo łączą się w pary na całe życie. Dzieciom się podobał basen z żółwiami i tam spędziliśmy trochę czasu.
Poszliśmy dalej, mały basenik z poduszkowcami, którymi za jedno euro można sobie popływać. Ja z Drugorodnym wsiadłam do jednego. Pierworodny z Nadobnym Małżonkiem, ścigali nas zawzięcie. W końcu wyścig się skończył i trzeba było wysiąść z wodnych rumaków. 

Młody poświęcił chwilę uwagi, łódkom dla dzieci, które dzięki sile napędu rączek się poruszają. Szybko się tym znudził, bo nie potrafił dobrze skręcać. Nas zaciekawiła winda African Jungle Lift. Długie siedzisko, na którym siedzisz mocno przypięty. Winda podnosi na dwadzieścia metrów w górę, że można podrapać w pięty tych co wiszą w balonie. I z hukiem spadasz w dół. Raz jedna, raz druga strona się podnosi. Emocje gwarantowane. Jeżeli zgłodnieliście, to wszędzie dookoła jest pełno knajpek. Już za pięć euro, można zjeść syty posiłek. 

 
Na wyspie spędziliśmy pięć godzin, a ja powoli zaczynałam się męczyć. Moim zdaniem nie można mieć wszystkiego. Albo rybki, albo akwarium. W tym przypadku aqua park, albo las tropikalny. Cena moim zdaniem jest zbyt wygórowana. Za otrzymane atrakcje. Dzieciom się podobało, ale myślę, że dlatego, że była woda, a na basen można przecież pójść nawet w Pcimiu i pewnie będzie taniej. Nawet nie chciało mi się robić zdjęć. Te, które wstawiłam, zrobiłam telefonem komórkowym, po wyjściu i są marnej jakości. Chyba lepiej odżałować pieniądze i  kupić bilet na Bali. Ten wydatek będzie wart swojej ceny.

 Zapraszam do przeczytania trzeciej części "Willkommen in Berlin cz3"

Pozdrawiam






8 komentarzy :

  1. Przynajmniej zobaczyłaś i doświadczyłaś i możesz powiedzieć (w razie potrzeby - przyszpanować ) "Ja też tam byłam" . Też myślę , że drogo. Już chyba wolę iść i powściekać się z dzieciakami u nas w Radomiu na basenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha Iwona obawiam się, że nie ma czym przyszpanować:))) Pójdę z tobą na basen w Radomiu:)))

      Usuń
    2. A proszę Cię Bardzo . Zapraszam:) A jeśli chodzi o to szpanowanie to Moja Droga .... Pewna moja "Pseudo Znajoma" , która to już była wszędzie i MA wszystko ,opowiadała nam o pobycie na Wyspie. Ochy , Achy i jeszcze inne Ychy. No bo super , ale drogo , to dla nas to już całkiem , bo ona to sama z Xem , a nas czwórka itd , itd... W końcu mój M nie wytrzymał i mówi do niej " A słyszałaś , że jak Ygrecki był to wrócił z grzybem? Radziłbym obserwować stopy " Mina bezcenna :)

      Usuń
    3. O widzę, że ilościowo u was w rodzinie tyle samo sztuk:)). Lubię cięte riposty, szczególnie takim co się należy:))) Grzyb od tej pory wymiata:))))

      Usuń
  2. Witaj,fajna wyprawa:)) Troche ceny wysokie,ale coś za coś:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Edytka, no właśnie coś, za przeciętną zabawę:))

      Usuń
  3. Z opowieści widać, że była nawet świetna zabawa, chociaż cena mnie trochę powaliła...ale cóż raz się zyje ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha masz rację, raz się żyje, podobno trzeba spróbować wszystkiego:)))

      Usuń

Zapraszam do rozmowy ze mną przez komentarze. Będzie mi miło, jak dołączysz do dyskusji.

Obraźliwe teksty, jak i jego właściciela od razu wywalę.

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka