poniedziałek, 12 maja 2014

Willkommen in Berlin cz.3 Brama Brandenburska i Checkpoint Charlie



Z ulgą opuszczałam Wyspę Tropikalną. Chyba jak każdy nie lubię marnowania pieniędzy, a wydane na tę atrakcję, na pewno takimi były. 
Wracaliśmy do hotelu i miałam nadzieję na kolejne przygody. Nie ma to jak zwiedzanie.

 Dzisiaj nasze kroki, a właściwie tory. Skierowały nas na Potsdamer Platz. Oczywiście wsiedliśmy do linii U2. Rozsyłając na prawo i lewo uśmiechy. Dokładając tym samym, swoją cegiełkę w kierunku pojednania narodów.

Wytarabaniliśmy się na powierzchnie, głodni wiedzy. 
Plac znajduje się w centrum miasta. Tłumy ludzi pędzących przed siebie. 
No to i my popłynęliśmy z prądem w kierunku Bramy Brandenburskiej,

Trzeba przyznać, że pogoda nam sprzyjała. Idąc pomiędzy wysokimi szklanymi budynkami. Natrafiliśmy na linię, gdzie przebiegał mur berliński. Kawałki się jeszcze uchowały. szeroki pas, pokazuje gdzie przebiegała linia muru. 

Ozdobne graffiti, zakryło tysiące gum, które przyklejają turyści. W myśl zasady "ja tu byłem". Już to widzę, jak się chwalą.


- Widzisz Maryśka!!, ta piąta różowa guma po lewej w trzydziestym rzędzie, to moja!!.

Wątpliwa ozdoba, ma symbolizować wolność. Ja bym powiedziała, że raczej problemy ze zgryzem, dentyści już zacierają ręce.
Podobno w lecie, nikt się nie zbliża do gumowego cacka. Bo przyciąga tyle os, że źle mogłoby się to dla kogoś skończyć.

Popstrykałam zdjęcia, patrząc czy jakaś osa nie lata, kto wie może nie lubią zdjęć?. A na pewno źle się zwiedza, z opuchniętą gębą.

Poszliśmy dalej, Poczdam podnosi się bo oddzieleniu żelazną kurtyną. Powstało tu wiele nowych budynków. Niektóre wyglądają kosmicznie.  


Szliśmy szeroką ulicą i w odróżnieniu od Paryża nikt nas nie popychał, nigdzie nie musieliśmy się przeciskać, to było naprawdę przyjemne.

Kierując nasze kroki w kierunku Bramy Brandenburskiej, po prawej stronie ukazał się nam niespotykany widok. 


Wiele kamiennych bloków, różnej wysokości. Najwyższy ma prawie pięć metrów. Był to pomnik Holocaust-Mahnmal, upamiętniający pomordowanych Żydów podczas drugiej wojny światowej. 


Weszliśmy pomiędzy kamienie. Takie dziwne uczucie jak w labiryncie, jakbyś miał już tam zostać. Górujące nad tobą bloki, pokazują siłę kamienia. 




Wyszliśmy z labiryntu, wkoło pełno turystów. Niektórzy siedzą na kamieniach i piją kawę w termosach. Gdzieś roześmiało się dziecko. Nawet nie wiemy jacy jesteśmy szczęśliwi, trzeba o tym pamiętać. Wielu tego nie doświadczyło.


Brama Brandenburska, obowiązkowy punkt na naszej mapie.


 Wiele do zwiedzania nie ma. Zagubieni turyści, cykający fotki, nawet śmietnikom, bo może też są zabytkowe!!. Mi tam mój przydomowy wystarczy, to nie miałam takiego parcia na zdjęcia tych berlińskich. 
Na uwagę zasługują takie rowery, które jadą zasilane mnogością ludzkich nóg. Ten na zdjęciu, to nawet muzyczką disco napierdzielał, ku uciesze jadących chłopaków. 


W końcu coś konkretnego, gmach Reichstagu. 

Zawiedzeni, że Angela Merkel nam nie macha, z olbrzymich okien.

 Postanowiliśmy obejść budynek. Parlament można obejrzeć za darmo, co chcieliśmy uczynić. Niestety, trzeba stanąć w wielkiej kolejce po drugiej stronie ulicy, by dostać wejściówkę na następny dzień. Jak nie pyszni, poszliśmy dalej. Na szczęście zaraz obok, jest wielki piękny park. 


Weszliśmy w alejki. Cisza i spokój, gdzieś tam ptaszki śpiewające. Nie mogliśmy się długo nacieszyć ciszą, bo chcieliśmy zobaczyć Checkpoint Charlie


Czyli punkt graniczny, pomiędzy Niemcami wschodnimi i zachodnimi. 
Słońce już zachodziło, a my ciągnęliśmy za ręce zmęczonego Drugorodnego. Pierworodny tez już coś tam marudził pod nosem, że rodzice są nawiedzeni. 
"Nawiedzeni" mało sobie z tego robili i szli dalej. Udało jeszcze się im zaliczyć, nowoczesne "Sony Center". 

Pierworodny się trochę ożywił, kiedy zobaczył wielki plakat reklamujący film "Spiderman 2". 

Obejrzeliśmy sobie nowoczesną kopułę, zjedliśmy ciastka, zapiliśmy je coca colą. I po tak dietetycznym posiłku udaliśmy się dalej.  

W końcu naszym oczom ukazał się słynny punt graniczny. Pomimo, że już szarzało, turyści dopisali. Kilka zdjęć, z prawej i lewej strony i daliśmy za wygraną. Czas było wracać do hotelu. 




Następny dzień był słoneczny i aż zachęcał pogodą do zwiedzania. Nie mieliśmy dużo czasu, bo czekała nas jeszcze droga powrotna do Polski. Postanowiliśmy wrócić pod wieżę telewizyjną. Metro nas zawiozło na Aleksanderplatz. I szybko się okazało, że nasz wjazd na górę, będzie niemożliwy. 


Jeżeli dwa dni temu, kolejka nam się wydawała długa. To dzisiaj była ogromna. Nawet nie próbowaliśmy się z nią zmierzyć. 


Na szczęście Berlin ma w zanadrzu wiele atrakcji, a do jednej z nich należy Wyspa Muzeów. Już dawno obiecaliśmy Pierworodnemu, że jak będziemy w Berlinie to pójdziemy do muzeum, wystawiającego rzeźby egipskie. Jest to pasja mojego syna. Czego nie można było powiedzieć o naszym drugim dziecku, które już po prostu było zmęczone. Tyle kilometrów przeszedł na tych krótkich nóżkach, że zasłużył na odpoczynek. Pierworodnego wysłaliśmy do muzeum egipskiego, gdzie do osiemnastego roku życia można wchodzić za darmo. Sami z drugą latoroślą, usieliśmy w cieniu podziwiając piękno okolicznych budynków. 


Po cichu marzyłam, że dostaniemy się do muzeum Pergamońskiego. Lecz długa kolejka i brak współpracy ze strony Drugoordnego, zmieniła moje zapatrywania. No cóż, może następnym razem. Pierworodny, wrócił szczęśliwy, jakby mu się sam faraon objawił. I opowiadał z przejęciem, co widział i jakie zdjęcia zrobił.

Przyznam się, że krótko przed wyjazdem oglądałam program, który ma łączyć węzłem, prawie że małżeńskim Polaków i Niemców. Niemcom zadano pytanie czy lubią Polaków, to jedni się nerwowo kręcili, inni patrzyli na stopy, a starszy pan bez ceregieli odpowiedział.
- Nein!!! 
Więc pełna czarnych myśli jechałam do Berlina. Tymczasem, może nie noszono nas na rękach, lub w lektykach. (Nie to żebym nie chciała. Jakoś nie było chętnych). To ludzie okazywali nam sympatię, albo w najgorszym razie obojętność. Wróciliśmy metrem, do zostawionego pod hotelem samochodu i naprawdę z wielkim żalem opuszczaliśmy to piękne miasto. Na pewno jeszcze tutaj wrócimy. Przecież nie mamy tak daleko. 
Pozdrawiam


6 komentarzy :

  1. Zwiedziłam wiele miast Europy, ale w Berlinie nie byłam, a przecież to tak blisko :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kurcze , zdjęcia tego pomnika Holocaust-Mahnmal , podziałały na wyobraźnię. Z tego co widzę bardzo ładne miasto , a ludzie ? Wiesz czasem mam wrażenie , że my bardziej jesteśmy uprzedzeni do Niemców , niż Oni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej Iwona powiem ci, ze nawet nie mieliśmy w planie go odwiedzić, ale bardzo się cieszę, że znalazł się na naszej trasie. Niesamowite przeżycie
      Co do ludzi, to byłam pozytywnie zaskoczona. Ja w każdym bądź razie, wywaliłam na śmietnik swoje uprzedzenia:))

      Usuń
  3. Berlin zwiedzałam ale nie tak dokładnie jak ty :)
    nie miałam okazji spacerować w labiryncie ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama jestem zdziwiona ile przez te dni dwa dni udało nam się zobaczyć:))

      Usuń

Zapraszam do rozmowy ze mną przez komentarze. Będzie mi miło, jak dołączysz do dyskusji.

Obraźliwe teksty, jak i jego właściciela od razu wywalę.

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka