wtorek, 12 sierpnia 2014

Często się chowa, czyli Częstochowa


To miał być pierwszy przystanek, na naszej wakacyjnej trasie. Z Gdyni do Częstochowy jest ładny kawałek. Na szczęście ktoś mądry wymyślił autostrady i te po których jechaliśmy, nie budowali Chińczycy. Bogu dzięki, bo to nam o ładnych parę lat ułatwiło sprawę.


Adrenalina po wypadku przestawała powoli działać. Pierwsze dwie godziny jazdy panowała cisza. Bo obserwowaliśmy jak zachowuje się Drugorodny, czy nie wykazuje oznak wstrząsu mózgu. O Pierworodnego tak się nie martwiliśmy, bo gdyby było coś nie tak, to by powiedział. 

Później dopadła nas zwykła głupawka. Na wyścigi wymyślaliśmy głupie teksty.

- Dobrze, że umyłem i wysprzątałem przed jazdą samochód.
- W końcu są emocje na moim blogu - rżałam jak głupia
- Mężu jak chciałeś się przejechać Volvo S60, to mogłeś się umówić na jazdę próbną, a nie nasyłać na nas tego śpiącego kolesia. 
- Dorcia teraz będziesz musiała sobie kupić nowe okulary przeciwsłoneczne. Bo ci się zdeczko szybki porysowały. 
Itd, itp.... 

Każdy przeżywa inaczej. Nam było potrzebne, to czarne poczucie humoru by odreagować. W końcu jechaliśmy na wakacje. 

Zatrzymaliśmy się po drodze w naszej "ulubionej restauracji". Mcdonalds jest dobry na wszystko. No może nie na wszystko, ale zamyka jadaczki dzieciom. Wzbudziłam lekką sensację wśród ucztujących. Bo pomimo moich starań puder nie zakrył drobnych sznyt na twarzy, nie wspominając o tych na prawej ręce. Wyglądałam tak, jakby ktoś przejechał po mnie tarką. Nieważne, posiłek smakował jak zwykle dobrze, a słowa męża.

- Dorcia pomyśleć, że siedzimy tutaj, a mogliśmy walczyć o życie.- Tylko spotęgowało uczucie przyjemności. 

Do Częstochowy dotarliśmy o 17. Zatrzymaliśmy się w hotelu "Mercure" z widokiem na Jasną Górę. Świetny hotel, bardzo, ale to bardzo miła obsługa. Naprawdę polecam.  



Skierowaliśmy nasze pierwsze kroki, tam gdzie króluje "Czarna Pani". 


Chciałam dać na msze. Podeszłam do okienka gdzie siedziała siostra zakonna i zadałam pytanie.
- Siostro ile się płaci za msze?
Siostra spojrzała się na mnie jakbym z byka spadła i powiedziała delikatnym głosem piły tarczowej, wskazując na zeszyt.
- Przecież widać!!!! 

No jak widać, to ja nie miałam więcej pytań. Dobrze, ze baranka nie kazali mi złożyć w ofierze. Bo niechybnie na wakacje zabralibyśmy jeszcze jego, oczywiście całego i zdrowego.
Wolałam wypisać na kartce zbiorową intencje i podziękowanie. I wrzuciłam pieniądze do wielkiej szkatuły. 
Matka Boska jak zwykle na swoim miejscu, dobrotliwie się na nas patrzyła. I nie interesowało ją, kto ile pieniędzy zostawia by wyprosić u niej łaski. U niej jest wszystko za darmo. Kasa to są sprawy czysto ludzkie. 

Podniesieni na duchu opuściliśmy święte tereny i udaliśmy się na posiłek. Główny deptak, a tu same kawiarnie!!. Powariowali. Ile mam zjeść lodów i ciastek?. Przecież po takiej diecie po dwóch dniach, mój tyłek by przypominał trzy drzwiową szafę!!!. 
W końcu znaleźliśmy KFC. Gdzie atrakcją dla mnie była toaleta na szyfr(ja to mam rozrywki). Cyferki są drukowane na twoim rachunku i są tak małe, że bez lupy ani rusz. Dobrze, że akurat ktoś wychodził z tego przybytku. Bo pewnikiem bym pod nim stała, dzierżąc nerwowo swoją karteczkę w dłoni i  zastanawiając się czy to jest trójka, czy ósemka?, a mały aparacik tylko by mnie powiadamiał

 - Doroto wrong number!!!, spróbuj jeszcze raz, a nuż ci się uda - Natura niestety nie lubi czekać. I dosłownie ma to w dupie.

Zasłużony nocleg w hotelu.


Zasnęliśmy wszyscy jak dzieci, nikogo nie trzeba było zaganiać do łóżka.
Śniadanie w hotelu pierwsza klasa, duży wybór potraw. 
Po porannej mszy, na której przypadkowo byliśmy gośćmi na ślubie młodej pary z Rybnika. Poszliśmy z dziećmi do Muzeum Górnictwa Rud Żelaza, które znajduje się w parku zaraz przy samej Jasnej Górze. 




Bilety tanie jak barszcz, taka drobna rozrywka, ale się nam podobało. Dowiedzieliśmy się co to jest "smyczenie kibla". 

Ważące 160 kilogramów wiadro z kamieniami, które ciągnęło się ręcznie!!!. To musiał być niezły "kibel"!!!. 

Tutaj same "kible", dobrze że ci z KFC tego nie widzą. Prostota w każdym calu.


O takim sprzęcie marzyliśmy, jak staranował nas ten "śpiący królewicz".


Ten pan trochę się zmęczył, pewnikiem po smyczeniu kibla.


Poznaliśmy regulamin biesiady piwnej.



W radosnych nastrojach wyszliśmy z małego muzeum. I po drodze spotkaliśmy "Baśkę".



Jakoś nie była chętna do rozmowy i uciekła na drzewo.


Nasza fura czekała na nas ze spakowanymi bambetlami przed hotelem. Żar się lał z nieba. Czas na cel naszej podróży, czyli Polanica Zdrój. No to "jadziem".

Pozdrawiam

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Zapraszam do rozmowy ze mną przez komentarze. Będzie mi miło, jak dołączysz do dyskusji.

Obraźliwe teksty, jak i jego właściciela od razu wywalę.

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka