środa, 15 października 2014

I kto tu jest osłem?. Czyli wizyta z dzieckiem w zoo



- Tato, dlaczego ta szympansica tak krzywo się na nas patrzy?!
- Uspokój się synku, to dopiero kasa... 

Kiedy tylko słoneczko trochę przygrzeje, a wiaterek delikatnie owiewa naszą twarz. To jest najlepszy moment na wizytę z dzieckiem w zoo. 
Już od rana parkingi się zapełniają i tylko czasem można usłyszeć.
- Panie, gdzie mi się tu z autem wpieprzasz?.
Kiedy już spokojnie zaparkujecie i uciszycie wrzask latorośli.
- Nieeeeee!.
Udacie się powolnym krokiem w kierunku zoo, które od parkingu jest oddalone o pięć minut drogi. 
Kiedy już dojdziecie do kasy. Nie możesz się oprzeć wrażeniu, że następnym razem będziesz wolał(ła) ciągnąć  za ucho osła niż swoje dziecko. Po prostu byłoby łatwiej.  
Szybki zakup biletów, uwalnia cię od nadprogramowej gotówki, którą spokojnie mogliście przeznaczyć na lek "nerwocośtam", ale kto mógł wiedzieć?. 

Od progu witają was żółwiki i żółwie i żółwiątka, o których istnieniu twoja latorośl was informuje.
- Mamo źiółw i źiółw i też źiółw, o i źiółw i tam źiółw!.
Po jakimś dwudziestym żółwiu. Myślicie, że jeszcze trochę, a sami je wytłuczecie, by skrócić swoje cierpienia.
Na szczęście w oddali zamajaczyły foki, które o dziwo patrzyły się w naszą stronę. Zawsze wiedziałam, że jestem niezwykła.
- Dorota co z ciebie wyrośnie?.
- Dorotko ty chyba z księżyca się urwałaś?!.
Lecz, że foki też to czuły, to już był jakiś matrix. Szybko się jednak rozczarowałam, bo foki wcale nie patrzyły na nas, tylko na ich opiekuna, który z taczką pełną ryb. Zasuwał w ich kierunku. Wkurzyłam się ignorancją fok i poszliśmy dalej. 
- Mamo soń!

Rzeczywiście dwa słonie za ogrodzeniem z metalowych rur, obsypywały się piaskiem. Jeden afrykański, drugi indyjski, jakoś zgodziły się razem Z tym, że widać od razu kto tu rządzi!. Jakaś pani, o afrykanerskich zapędach, krzyczała do kolosa z Afryki z białymi ciosami.
- No choć malutki, dam ci trawkę.
To nic, że obok wisiała wielka tabliczka z napisem "Proszę nie karmić zwierząt!". Na szczęście słoń, to bardzo inteligentne zwierzę, woli owoce niż suchą trawę damulki.
Hipcie schowały się w swojej zagrodzie wypinając na nas swoje wielkie zadki. 
Mijamy zagrody sarenek i sarenek i sarenek!. No dobra nie wszystkie to sarenki, różnią się kropką, małymi różkami, lub drobnym kopytkiem, ale weź to dziecku wytłumacz, że to nie sarenka, jak ono jest tego pewne.

Inni zwiedzający, też próbują uszczknąć coś dla siebie. 
- Zobacz Oskarku, tam są zebry.
- Głupie te zebry. - Krzyczy Oskarek.
- To może żyrafy ci się spodobają?. - Mówi mama
- Żyrafy są jeszcze głupsze!. - Informuje rodzicielkę Oskarek.
- Przecież chciałeś tu przyjechać Oskarku, sam mówiłeś mamusi. - Nie poddaje się mama Oskarka.
- Chciałem, ale teraz już nie chcę!. - Krzyczy tupiąc nogami Oskarek.

Weszliśmy do pomieszczenia z wielkimi terrariami, gdzie już od progu przywitał nas wielki karaczan, który spierniczał co sił w nogach ratując swoje życie. Już chciałam mu ustąpić, zawsze to żywy organizm. Kiedy usłyszałam wrzask.
- Krzysiek ja nie wiem jak chcesz to zrobić, ale ja tam nie wejdę dopóki nie zatłuczesz tego robala!. 
- Ależ ptaszku, robaczek już sobie poszedł.
- Nigdzie nie poszedł, schował się w kącie i na nas czyha!. O, nawet słyszę jak dyszy.
Zostawiliśmy gołąbeczki, by między sobą się dogadały. I skupiliśmy się na kolejnych żółwiach, krokodylach i wężach.
Żółwie wyglądały tak jakby były po wielkiej "Dżamprezie" i w dodatku na kacu. Na wyścigi wchodziły jeden na drugiego. Ten największy zasnął w żarciu pełnym smakołyków. W nocy rzeczywiście musiało się dziać.
- Mamo dlaczego ten wąż jest w jednym miejscu taki gruby?. - Zadała pytanie rezolutna dziewczynka. 
Wytężyłam słuch, by nabyć doświadczenia w tym temacie. Z otwartą buzią czekałam na odpowiedź mamy. Ciekawe jak powie córce, że wąż udusił i wciągnął do gardzieli jakąś śliczną białą myszkę, która na pewno nazywała się Miki. I zgrubienie, które widzi to jest truchło małego gryzonia.
- Martuniu wydaje mi się, że chyba jest chory i brzuszek go boli!.
- He he tak brzuszek go boli, trzy metrowy. - Jakiś pan obok się szczerze ubawił. 
W końcu uznaliśmy, że już dosyć się tutaj naoglądaliśmy. Udaliśmy się do wyjścia, gdzie Krzysiu klęcząc na czworaka z butem w dłoni szukał karalucha. 
Szybko minęliśmy zagrodę  szympansów, które zajadle się o coś tłukły. 
I zostało nam do odwiedzenia tylko mini zoo. 
Każdy za drobną opłatą dostał gałązkę, z małymi listkami. I wypuszczono małe kózki. Był tylko jeden szczegół, małe to one były, ale kiedyś. Te były sporych rozmiarów. Jeden kozioł wyglądał jak pomiot lucyfera i miał tatusia oczy i rogi. Jakieś dwie szurnięte białe olbrzymki, szarżowały na każdego z gałązką. Inna z grzywką uczesaną na popersa udawała, że jest ponad to całe obżarstwo, które cechowało jej pobratymców. O dziwo dzieciom się to podobało i co rusz rodzic musiał wyruszać po nową gałązkę. W końcu uznaliśmy, że kozy już dosyć się nażarły za nasze pieniądze. I postanowiliśmy wyjść z zoo.

Teraz kiedy nadeszła jesień i spadające liście się ścielą dookoła. Zoo coraz bardziej pustoszeje, by dać odpocząć zwierzętom. Lecz kiedy nadejdzie pierwszy wiosenny promyk słońca. Wtedy zoo znowu odżyje i kto wie?. Może Krzysiu szukający karalucha wciąż tam będzie.

Pozdrawiam 

4 komentarze :

  1. I ja byłam w tym zoo kilka lat temu i dziecię me starsze też karmiło kózki tymi liśćmi na patyku;) tyle, że kózki wtedy były kózkami a nie pomiotami lucyfera. Haha Dorotko dziękuję za poranny humor. Ja dodam od siebie, że jak stałam z córcią przy szympansach gotowa do zdjęcia, które mój małżonek miał zrobić, ten odezwał się w te słowy "uwaga teraz będę robił zdjęcia małpom" do dziś nie zapytałam go czy miał na myśli szympansy czy swoją żonę z córką;-))) Pozdrawiam serdecznie Gosia(el).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha Gosia, a to żartowniś z tego twojego męża. Kozy rzeczywiście urosły, dwa lata temu to były takie średnie kózki, te były tak wielkie, że bałam się o zdrowie Drugorodnego:)) Tylko on sobie nic z tego nie robił i świetnie się bawił karmiąc kozy, nawet te wariatki:)) Za to szympansy tak się o coś kłóciły, że strach było przy ich klatkach stać. Chociaż też pewnie bym się wkurzyła jakby mnie zamknęli w klatce.

      Usuń
  2. Po raz ostatni byłam w zoo chyba z sześć lat temu, kiedy przyjechał do mnie mąż. Poszliśmy do chorzowskiego parku, a w zoo mąż (choć wtedy jeszcze nie mąż), napstrykał chyba milion fotek, a kiedy zobaczył dolinę dinozaurów już całkiem przestał zwracać na mnie uwagę:). Twój post nie tylko mnie rozbawił, alei przywołał miłe wspomnienia:).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że post przywołał wspomnienia:)

      Usuń

Zapraszam do rozmowy ze mną przez komentarze. Będzie mi miło, jak dołączysz do dyskusji.

Obraźliwe teksty, jak i jego właściciela od razu wywalę.

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka