Cmentarzysko Bólu cz4.


Nadszedł w końcu ten dzień. Pogrzeb miał się odbyć o jedenastej, ale już od rana mały domek zapełniali kolejni goście. Mogło się wydawać, że wszystkim, którzy mieszkali w tej zapyziałej małej dziurze, szumnie zwanej Wiktoria, zależało na dobru osieroconego chłopca. 

Ktoś przyniósł ciasto, inni zrobili kanapki, nawet pojawiły się napoje. Dom rozbrzmiewał melodią przyciszonych głosów, z których można było wyłowić pojedyncze strzępy.
- Sierota!
- Co teraz z nim będzie?
- Takie nieszczęście! 
- Była taka młoda!

Marta dotrzymała słowa. Do dnia pogrzebu zamieszkała z Markiem. Teraz krzątała się po domu, goszcząc przybyłych. Robiła kawę, podawała talerzyki. Zresztą gdyby poproszono ją o przekopanie hektarowego pola tylko przy pomocy haczki, to też chętnie by to uczyniła. Wszystko, byle zagłuszyć wyrzuty sumienia. Los chłopca leżał jej szczególnie na sercu.
-Te cholerne pieniądze, gdybym miała ich więcej? - to pytanie wciąż kołatało w jej głowie. 

Ktoś szybko zapukał do drzwi i  w progu pojawił się doktor Konor, który powiedział. 
- Dzień dobry - Już czas, gdzie jest Marek? 
- W swoim pokoju - odpowiedziała Marta.
Mężczyzna poszedł i zapukał ostrożnie w drewniane drzwi.
- Proszę - usłyszał cichy głos. 
Nastolatek siedział na łóżku, był zwrócony twarzą do drzwi. 
- Witaj Marku, przyjechałem po ciebie. Jesteś spakowany?. 
Chłopiec skinął głową i wzrokiem wskazał na brązową, skórzaną walizkę. 
- Słuchaj.... później może nie być czasu, ale jeżeli będziesz kiedykolwiek czegoś potrzebował, to masz tutaj moją wizytówkę - lekarz podał chłopcu małą karteczkę. 
- Dziękuję panu - chłopiec schował wizytówkę do kieszeni, nawet na nią nie patrząc. 
- No to idziemy - dodał mężczyzna i zabrał walizkę. 

Przeszli przez krótki hol. Zgromadzeni ludzie przestali szeptać i rozstąpili się przed wychodzącymi. Marek wbił wzrok w podłogę. Teraz nie miał ochoty nikogo oglądać. Może kiedyś, ale nie teraz. 
Doktor Konor ułożył walizkę w bagażniku swojego wysłużonego Volvo. Wsiadł do auta, chłopiec już czekał w środku. Kierowca przekręcił klucze w stacyjce i pojechali w kierunku kościoła. 

Wiktoria to małe miasto z niską zabudową. Centrum, to kilka ulic na krzyż. Jeden kościół, szkoła, małe kino, dwa bary i trzy sklepy. To całe bogactwo tej metropolii. 
Mężczyzna minął po prawej stronie wielki baner z napisem "Witajcie w Wiktorii", a pod nim widniał kolejny "Tylko Jezus jest waszą nadzieją, więc chwalcie Pana". Kiedy samochód powoli przemieszczał się po ulicy, przechodnie się zatrzymywali i  patrzyli z ciekawością. Doktor kiwał głową do mijanych osób, Marek wciąż patrzył na swoje stopy. W końcu kierowca ostro skręcił w prawo i wjechał na żwirową ścieżkę prowadzącą do kościoła. Przywitał ich mały stary budynek z czerwonej cegły. Jedyną jego ozdobą była wieża dzwonnicy i metalowy krzyżyk widniejący po prawej stronie wejścia. 
- O jest już Janek - lekarz wskazał na czarny karawan. 
Rzeczywiście ludzie z zakładu pogrzebowego już byli. Tym razem przyjechali czarnym vanem. Młody mężczyzna właśnie otwierał bagażnik, z którego wyciągnął małe drewniane pudełko. 
Marek spojrzał na urnę. Tylko tyle zostało z jego mamy?. Nie mógł i nie chciał się utożsamiać z tym czymś co znajdowało się w środku. Wolał pamiętać mamę, taką jaka była. Piękna i pomimo choroby zawsze uśmiechnięta. Pamięć..., tego mu śmierć nie zabierze.

Poszli się przywitać. Młody mężczyzna i jego kolega odwrócili się w ich kierunku. Blondyn spojrzał na chłopca i szeroko się do niego uśmiechnął
- Witaj Marku, nazywam się Jan Damien. Pewnie mnie nie pamiętasz, ale bardzo dobrze znałem twoją mamę. Chodziliśmy do tej samej szkoły. Choć była ode mnie starsza, to zawsze opiekowała się tymi młodszymi. To dla mnie zaszczyt, że mogłem zająć się jej ciałem. I wiedz, że bardzo ci współczuje.
- Dziękuję panu - Marek wydukał podziękowanie. Najchętniej to by zniknął, ale koszmar jeszcze się nie skończył. 

- Doktor Konor?  - Jakiś kobiecy głos zadał pytanie.
- Tak - lekarz odwrócił się w stronę pytającej. 
Przed nim stała drobna kobieta w beżowej garsonce i ciemnych związanych w koński ogon włosach. Obok niej stał szczupły, wysoki, dobiegający sześćdziesiątki mężczyzna, który z ciekawością patrzył na Marka.
- Witam, nazywam się Magdalena Wysocka, jestem pracownicą opieki społecznej. To zemną rozmawiał pan przez telefon. Zaszły zmiany i myślę, że pomyślne dla chłopca, nie trafi do sierocińca. To jest Edward Wit - wskazała na towarzyszącego jej mężczyznę i dodała.
- Jest wujkiem chłopca.

CDN.....

TU przeczytasz historię od początku.
 
 


 


6 komentarzy:

  1. Czuję,że zaczyna się robić ciekawie.A tak miedzy nami,to powinnaś wydać jakąś powieść,dobra jesteś;))

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam kolezanke o nazwisku Wit, moze ten wuj to jej maz;)?

    OdpowiedzUsuń

Zapraszam do rozmowy ze mną przez komentarze. Będzie mi miło, jak dołączysz do dyskusji.

Obraźliwe teksty, jak i jego właściciela od razu wywalę.

Copyright © 2016 Mam do powiedzenia , Blogger