Cmentarzysko Bólu cz.8

   

  Doktor Konor, a właściwie doktor Marcel Konor, o czym często zapominali jego pacjenci. Jakby to, że był lekarzem pretendowało go do braku imienia, dzisiaj miał trochę luźniejszy dzień, żadna kobieta nie rodziła, nikt nie potrzebował reanimacji. Tylko zwykłe przypadki, jak kaszelek u małego chłopca, bóle brzucha, jakaś ospa. 
  Lekarz znał wszystkich w miasteczku i był naprawdę lubiany. Jeżeli czasem wydawał się cierpki, to raczej wynikało to z sytuacji niż jego charakteru. 
  -Tak jak dzisiaj - myślał - Ten Wiesiek nie potrafi się nauczyć, że konserwy otwiera się otwieraczem, a nie nożem i to tępym!. Dwa szwy na środkowym palcu lewej ręki, raczej zbyt wiele go nie nauczą. Zraniony paluch tylko dołączy do zabliźnionych dwóch pozostałych, ale przynajmniej poboli - pomyślał z satysfakcją. 
- Jesteś głupi to cierp!
   Teraz jechał główną drogą i miał w planach odwiedzić Damiena seniora. Jego myśli zeszły na inny tor. 
   -Zaledwie wczoraj pochowano Sylwie. Co za głupia historia, taka młoda kobieta. Młodzi ludzie stanowczo nie powinni umierać. Dlaczego Bóg się na to zgadza?. Przecież jej synek ją potrzebuje. Teraz ta mała dziura, aż huczy od plotek. Ta gruba Kaśka plotkara, słyszała od swojej psiapsiółki Anki, a ta się powołuje na wiarygodne źródło z opieki społecznej, że Alan Wit jest ojcem Marka. Jeżeli to prawda, to mam nadzieję, że ten gnojek siedzi w jakiejś norze i dławi się swoimi wyrzutami sumienia. Teraz jeszcze ten wujek!. Gdybym chociaż go znał, a tak nawet nie wiem komu przekazałem to dobre dziecko. Ci starsi niby go pamiętają i nawet znaleźli się tacy co zaręczą, że to poczciwy chłop. Inni wręcz przeciwnie zarzucają mu, że ciągle się kłócił z bratem. Pewnie, że sierociniec nie był lepszym wyjściem, ale to!. Muszę się czegoś więcej dowiedzieć, bo Marta nie da mi spokoju. Wywierci mi dziurę w brzuchu tym spojrzeniem, już ja ją znam!.
   Droga zaczęła się piąć w górę i powiodła lekarza przez las, przejechał jeszcze pięćset metrów i skręcił w prawo na ubity piachem szeroki trakt. Ktoś musiał się tu nieźle namęczyć?. Niestety jesienne deszcze, zrobiły z niej błotnistą pułapkę. 
  - Niezła breja. Dobrze, że wożą tędy częściej zmarłych, bo żywy od samej jazdy mógłby zejść z tego świata - lekarz próbował się nie zawiesić autem. Jego Volvo na szczęście miało wysokie zawieszenie, co nieraz ratowało go z opresji. 
    -Już taki los małomiasteczkowego doktorka - pomyślał - niezła posiadłość, lasy i bagna, słońce jeśli nie liczyć domu, to tu prawie nie dochodzi. No cóż, ale na szczęście to dobrzy ludzie, nie ich wina, że kiedyś ich przodek zapewne Drakodamien osiadł właśnie tu - lekarz wysilił się na żart 
   - Robią pożyteczną robotę, dzięki nim zmarłych nie trzeba grzebać tak daleko. Ktoś w końcu musiał się tym zająć i najważniejsze, że ludzie dali się do tej metody przekonać. Jedna spalarnia zwłok, obejmuje swoim zasięgiem dwa województwa, a to daje też robotę, kilku  zakładom pogrzebowym, które nie muszą ze sobą rywalizować. Ludzie padają teraz jak kawka. Szkoda tylko Stefana, wylew może dopaść każdego, na szczęście jego syn dzielnie go zastąpił, a jego żona wspaniale się nim opiekuje - rozmyślał lekarz.
   Auto wyjechało na otwartą polanę, na której stał parterowy dom w stylu kolonialnym. Jakieś pięćdziesiąt metrów od niego pomiędzy drzewami był inny niski budynek. Mężczyzna nie musiał do niego wchodzić, by wiedzieć co się w nim znajduje. Wielki napis "Krematorium," nie pozostawiał zbyt dużego pola dla wyobraźni. 
- Ych - wzdrygnął się - do śmierci nie można się przyzwyczaić.
- Dzień dobry doktorze!.
Lekarz oderwał się od rozmyślań - witaj Janku, jak tam dzisiaj ojciec.
- Niestety bez zmian, mama ma pełne ręce roboty, jak zwykle. Na szczęście jest twarda, inni na jej miejscu by sobie odpuścili, a ona się nie poddaje. Wciąż wierzy, że tata wróci do jako takiej sprawności.
- No to prowadź
Mężczyźni weszli do domu. Ten przywitał ich ciepłem. Z szerokiego korytarza przeszli do salonu, w fotelu przy świetle małej lampki  siedziała wysoka kobieta i czytała książkę.
- Dobry wieczór Mario, jak tam dzisiaj Stefan?...pewnie dobrze, tak świetnie się nim opiekujesz. 
- O!. dziękuje staramy się. Janek pomaga mi jak może, ale ktoś musi zająć się firmą. Co do Stefana, to bez zmian, nadal prawie nie mówi, próbuje, ale słabo mu wychodzi. Nie wiem co z tym prawym okiem?. Wydaje się, że prawie na nie nie widzi. Jeszcze do tego dochodzą te lęki!.
- Jakie lęki? - zainteresował się doktor.
- Hmm jakby to powiedzieć - kobieta dała sobie chwilę do namysłu, a następnie dodała - zresztą niech pan się o tym sam przekona. 
   Przeszli przez długi hol i weszli do pokoju po prawej stronie. Chory leżał na szerokim łóżku usytuowanym na przeciwko okna i specjalnie przygotowanym do jego potrzeb. Była tam drabinka, przy pomocy której mógł się próbować sam podnosić, rusztowanie z metalowych rurek tylko czekało by podpiąć kolejne urządzenia tak potrzebne przy rehabilitacji. 
- Stefan zobacz kto nas dzisiaj odwiedził!, doktor Konor to miło z jego strony prawda?.
- Mężczyzna siedział podparty na poduszkach. Ślina ciekła  mu po brodzie i wydawało się, że nawet nie zauważył przybyłych. Jego lewa ręka, gorączkowo ściskała kołdrę, druga po stronie sparaliżowanej, leżała bezużyteczna. Jego wzrok w zdrowym oku był skupiony na oknie. 
   - Ieee, ieeee, ieeee  - próbował coś powiedzieć.
  - Spokojnie kochanie nikt nie idzie, tam nikogo nie ma - Maria spojrzała na lekarza, który uśmiechnął się do niej.
   - Pozwólcie, że teraz go zbadam, a później porozmawiamy.
  Po jakiś dziesięciu minutach opuścili pokój chorego i przeszli do salonu. 
  - Panie doktorze może napije się pan czegoś, herbata, kawa? - zapytała Maria.
   - Nie dziękuję, jeszcze czeka mnie powrotna droga i dzisiaj chciałem zająć się robotą papierkową, tyle się tego nazbierało. 
   - I co pan sądzi o Stefanie?
   - Jego organizm dochodzi do siebie po ciężkim wylewie, to nigdy nie jest łatwe. Czas, tylko czas pokarze w jakim to wszystko pójdzie kierunku. 
  - Tak ja to wszystko rozumiem, ale co z jego strachem, to zaczyna się przeradzać w obsesję, te ciągłe krzyki...- kobieta urwała wątek, jakby sama się zawstydziła, że mówi o słabościach męża. 
  - Mam wrażenie, że to typowa psychoza maniakalna. Proszę pozwolić, że wytłumaczę. Pacjenci po ciężkich urazach, często mają zaburzenia w postrzeganiu rzeczywistości. Ten stan może doprowadzić do urojeń i halucynacji. Zrozum ta choroba musi być dla niego wielkim ciosem. Silny mężczyzna, który nagle jak dziecko jest zależny od innych!. 
   Maria schyliła głowę i zaczęła nią kręcić w prawo i w lewo jak nakręcana zabawka. 
   - To wszystko prawda co pan powiedział, tylko dlaczego on te urojenia miał jeszcze przed wypadkiem?. 

CDN.....

TU przeczytasz historię od początku.

Pozdrawiam

 
  



6 komentarzy:

  1. Ups, historia zaczyna sie naprawde rozkrecac! Na tego doktorka tez trzeba bedzie uwazac, tak mi sie przynajmniej wydaje. Uderzylo mnie zdanie, ze "mlodzi nie powinni umierac"... Co prawda, to prawda!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak w książce Chmielewskiej, wszyscy mogą być podejrzani:))

      Usuń
  2. A mnie się wydaje, że ten doktor to równy gość! Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też zdążyłam go polubić, zobaczymy co będzie dalej:))

      Usuń

Zapraszam do rozmowy ze mną przez komentarze. Będzie mi miło, jak dołączysz do dyskusji.

Obraźliwe teksty, jak i jego właściciela od razu wywalę.

Copyright © 2016 Mam do powiedzenia , Blogger