środa, 4 listopada 2015

A jednak kosmitka, nie kobieta!

  

     – Kurde! Jak one to robią?  powiedziałam, chwytając się za głowę.
     – Ale, co robią i kto?!  Maryśka udawała, że mnie słucha.

     – No wiesz, inne kobiety! Są takie idealne. Piszą książki, czytają wiersze w wolnych chwilach upieką chleb na zakwasie. Idą na grzyby, trzymając dziecko pod pachą i jeszcze słoiczek jagódek przyniosą choć już jesień za oknem! Do wieczora opędzlują z brudu mieszkanie, pójdą do kosmetyczki, a jak mąż przyjdzie z pracy to z nim menueta w samych figach zatańczą na przywitanie. Ja to chyba nie jestem kobietą! rozżaliłam się na całego.
     – A czym jesteś..?  zainteresowała się koleżanka.  Czekaj, czekaj, ja gdzieś o tym czytałam. Wiesz? To może być prawda!  Maryśka mnie nie oszczędzała.  Może ty jesteś, te...,te...,te obojniaki, czy co? Albo cię kosmici przytargali ze sobą na naszą planetę, jak ET., tylko tego nie pamiętasz?!
     – Obojniakiem nie jestem. Wiem bo sprawdzałam, to znaczy nie ja, mąż sprawdzał. Mówisz kosmici?! To może być jakiś trop, ale dlaczego mnie tu zostawili? Może ufoludki mnie wykopały ze swojej społeczności?
     – Pamiętasz jak moja mama ci powiedziała, że jak mnie jeszcze raz wciągniesz w jakiś głupi pomysł to cię wystrzeli w kosmos?! Kurde, ona chyba coś wiedziała!  Nie pozostawiono mi żadnych złudzeń.
     Wiesz? Mało to pocieszające, ale skupmy się na teraz. Czas na zmiany!  zawiesiłam głos, bo sama się przestraszyłam mocy tych słów.
     – No "fajno" brzmi, ale jakie to będzie miało konsekwencje dla ciebie?  Zaraza nie miała dla mnie litości.
     – Konsekwencje? - powiedziałam blado, ale za chwilę dodałam.  Znasz to określenie "Dupa nie facet"?
     – Znam, ale co to ma wspólnego z tobą?
     Stanęłam wyprostowana jak struna, podniosłam przed sobą rękę zaciśniętą w pięść i jak Hamlet uroczyście powiedziałam  Będę w końcu kobietą, nie dupą!
 
     Wszystko ładnie pięknie to było wczoraj, ale dzisiaj żarty się skończyły. Postanowiłam, że pójdę na grzyby. Zabrałam plastikowe, duże torbiszcze (koszyka nie miałam, to inna bajka). Rozmiar siatki był nieprzypadkowy, jej zadaniem, było informowanie potencjalnych rywali, że nie mają do czynienia z pierwszym lepszym grzybiarzem!. Zatrzymałam samochód w leśnych odstępach, wytargałam z bagażnika wysokie gumiaki, których nawet rybak by się nie powstydził i z okrzykiem: "do boju!" ruszyłam w leśne odmęty. Nie powiem, że to była sielanka. Mokro, buro i ponuro, kaloszki lepiły się do mokrych liści, ale jak mus, to mus, przecież teraz już nie zawrócę?! Szukałam, wołałam, żadnego grzyba nie znalazłam, jeśli nie liczyć rozgniecionego muchomora, na którego przypadkowo wlazłam.
     – Na ryby pani idzie? Jezioro jest w drugą stronę!  ktoś usłużnie mnie poinformował.
Spojrzałam na informatora. Starszy pan, dobrotliwie się do mnie uśmiechał.
     – Nie, ja tu przyszłam na grzyby  I dumnie podniosłam plastikowy oręż na prawdziwki.
    – Acha! To w takim razie zapraszamy za rok, teraz już wszystko wyzbierane. Do widzenia – rzucił na odchodne i poszedł.
     Dobrze, że nie widział wyrazu mojej twarz, w każdym razie ortodonta miałby do mojej szczęki idealny dostęp. Chcąc nie chcąc, odwróciłam się na pięcie i poszłam do auta. Musiałam wymyślić coś innego...
 
     Wiem! Zrobię ciasto drożdżowe. Koleżanka zapewniała, że nie ma nic prostszego. Dla niej może tak, ale nie dla mnie. Po zmarnowaniu sześciu jaj i spartoleniu wielu innych cennych składników, wyszło coś o twardości zaschniętego betonu. Wisienką na torcie mojej kulinarnej porażki, były dziury w zakalcu, które miały imitować kruszonkę!
      Trudno, może drożdżówki nie są moim powołaniem!  pocieszałam się w duchu. Wpadłam na lepszy pomysł, przecież potrafię robić ciasta i od razu zrobię dwa.
Wypieki prawie się udały, piszę prawie, bo z radości, że tak świetnie sobie radzę do jednego zapomniałam dodać cukru, a drugie pozbawione proszku do pieczenia nie wyrosło.
     Wyszłam z kuchni obrażona, przecież to nie mogła być tylko moja wina?! Tym razem wymyśliłam, że zrobię szalik. Niestety oczka wykonałam tak ściśle, że nie było mowy o tym, by zrobić kolejne, a co dopiero dokończyć pracę! Musiałam odłożyć marzenia o moherowym okryciu szyi, bo istniała obawa, że w złości zadźgam kogoś jednym z metalowych narzędzi.
   
      Na moją obronę może mówić fakt, że łatwo się nie poddałam, ale co z tego?. Zepsułam mikser, pewnie zastrajkował po tym jak mu wmawiałam, że potrafię piec. Wzrok rodziny na widok "ciast" i mistrza wypieku jak w tej reklamie: "bezcenny". Figi zakrywał upierniczony fartuch, wątpię by mąż chciał ze mną w nim wykonać menueta. Szalik schowałam, druty przydadzą się na wroga. Chleb na zakwasie kupiłam razem z jagódkami oczywiście. O napisaniu opowiadania, poematu, czy nawet skrobnięciu czegoś tak krótkiego jak: "wlazł kotek na płotek", nie mogło być mowy, tak byłam zmęczona. Zadzwoniłam do Maryśki i się żalę..
      A jednak dupa! chlipałam jej do słuchawki.
      Nie martw się kochana powiedziała przyjaciółka.  Zawsze jest druga alternatywa. Może ci twoi z kosmosu po ciebie wrócą?
 
 
Pozdrawiam
 
 

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Zapraszam do rozmowy ze mną przez komentarze. Będzie mi miło, jak dołączysz do dyskusji.

Obraźliwe teksty, jak i jego właściciela od razu wywalę.

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka