Z pamiętnika nieznanego Blogera cz.6 - Kto czyta Blogera?



Drogi Pamiętniczku



Jak myślisz, kto czyta Blogera w dzisiejszym rozpisanym świecie? Wyobraź sobie, napiszę post, którego Adam Mickiewicz by się nie powstydził i nikt go nie przeczyta? 
 



Będę się streszczać, bolą mnie palce. Szef zrobił nam burzę mózgów. Wszystkich pracowników posadził przy jednym stole. Każdy dostał do ręki kawał drutu i miał wymyślić nowy kształt spinacza, kojarzący się z Wenezuelą.

Polsko-Wenezuelskie porozumienie w naszej firmie sprawdza się od lat. My wysyłamy im spinacze, oni w zamian wysyłają prezesa na wakacje all inclusive gdzieś w okolice amazońskiej dżungli. Normalnie po powrocie jeszcze przez tydzień gęba mu się cieszy.



Każdy z nas zadanie zrozumiał na swój sposób. Ja zrobiłam wieże do wydobycia ropy naftowej. Wojtek z działu logistycznego pomagając sobie językiem, wykonał prawie naturalnej wielkości karabin maszynowy. Autobus, którym wracał z Caracas na lotnisko, zaatakowali uzbrojeni napastnicy. Nie można go winić. Po takiej traumie trzeba się cieszyć, że teraz w ogóle coś kojarzy.

Iwonka z działu kadr podłapała temat. Jej łącznik do złudzenia przypominał kilogramową paczkę czystej kokainy.

Po godzinie na konferencyjnym stole królowały konie przypominające osła, tarantule, jeden mucho, wielkie wargi i kobiece piersi. Uwaga! Najmniejsze w rozmiarze D.

Po kolejnej godzinie wrócił prezes z szerokim uśmiechem na ustach. Na widok spinaczy, które miały umocnić więź z wenezuelską firmą. Mina mu zrzedła, zrobił się czerwony jak burak, potem wycedził przez zęby:

– „Wynocha! – zaryczał. – Jak boga kocham, zaraz wezmę ten karabin i was powystrzelam! Potem naćpam się prochami Iwonki, a jeśli one mnie nie wykończą..., rozprostuje cycki, osły, tarantule i inne barachło, połączę je w jedną całość i się tym drutem zadźgam!”


Nie trzeba nam było tego dwa razy powtarzać. W krótkim czasie o naszej bytności w tym miejscu świadczył tylko kurz, który pewnie jeszcze długo unosił się w powietrzu.



Wszystko opisałam na blogu. Oczywiście przemilczałam big cycki, narkotyki, karabin, konio-osły, pajęcze gadziny i ma się rozumieć przemówienie prezesa. Na tapecie została tylko moja wieża, ale tekst według mnie był naprawdę ciekawy. Pod postem pojawił się jeden komentarz. Anonimowy:

Nie zalewaj, takie firmy nie istnieją!

Nie odpisałam, co mam tłumaczyć? Istnieją, wystarczy zapytać pierwszego lepszego pracownika korporacji.
Trochę się wkurzyłam. Człowiek pisze, a potem przylezie ci taki (nie zalewaj!) i wytrze ubłocone kalosze o twoją stronę. Gdzie zdobyć normalnego czytelnika i właściwie kto czyta Blogera? Trochę poszperałam, trochę poczytałam i już chyba wiem:


  • Znajomi i rodzina:

Bardzo pomocne instytucje, szczególnie na początku blogowej drogi. Boleśnie to teraz odczuwam. Rodzina o mojej stronie nic nie wie i oby jak najdłużej, a znajomą mam tylko jedną. Agatkę. Filmuje życie mrówki. Takiej zwykłej, co łazi po kuchennych szafkach, zżera cukier i wciśnie się w najmniejszą dziurę. Zapakowała ją do słoika po ogórkach, napchała do niego tyle niebieskiej waty, że głupi insekt pewnie myśli, że trafił do nieba.

Jeżeli chodzi o zasięgi, do pięt jej nie dorastam. Sto tysięcy fanów, tysiące komentarzy, niestety wszystkie w języku japońskim, tylko tam chcieli ten szajs oglądać, ale są!

Z Agatką wspieramy się solidarnie, mój komentarz jest jedynym polskim na jej stronie, a jej pierwszym i często ostatnim pod moim postem.

  • Milusińscy:

Na tę grupę, nie mogę złego słowa powiedzieć, taki blogowy wolontariat. Wpada do ciebie, zostawia komentarz w stylu:

Ale super!

A ty od razu masz pewność, że czytelnik był, zaraz się zmył i nic z twoich tekstów nie przeczytał.

  • Inni Blogerzy:

Taki znajomy Bloger to fajna sprawa, choć przyznam, ryzykowna. Jak już odwiedzisz Krzysia, Krysię, skrobniesz coś u Marysi i serduszkiem połechcesz ego Tadka. Czasu na blogowanie starczy ci akurat tyle, by się po tyłku podrapać.

  • Pasożyt:

Trochę zwalę od tego, trochę od tamtego i na nowy wpis mam materiał kolego. Na szczęście, dopóki mój szef nie założy bloga, nie mam się co obawiać, że ktoś podwędzi mój wpis o spinaczach.

  • Wróg:

Cicha gadzina, wchodzi i obserwuje. Pojawia się najprawdopodobniej wtedy, kiedy twój blog zaczyna sobie świetnie radzić, o jego bytności na mojej stronie mogę na razie pomarzyć, ale za jakiś czas kto wie?

  • Zwykły czytelnik:

Wisienka na torcie, supernowa na firmamencie blogowania. Ktoś, kto przychodzi do nas z zewnątrz i naprawdę go interesuje, co mamy do powiedzenia. 

 



Drogi Pamiętniczku. Czytelnik przychodzi i odchodzi. Cieszę się, gdy ktoś mnie czyta, przecież po to zakładałam stronę, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że najważniejszym odbiorcą moich tekstów jestem ja. Dlaczego? Bez mojej aprobaty nigdy nie wcisnę, OPUBLIKUJ. 


 Opowiadanie z "Pamiętnika nieznanego Blogera" jest fikcją literacką. Pamiętajcie, to opowiadanie, a historia będzie cały czas ewoluować w miarę, jak główna bohaterka zacznie zgłębiać tajniki blogowania. Nie zna dnia, ani godziny, już o to zadbam:) Cieszę się, że tu jesteście i czytacie. Pamiętnik powstał dlatego, że dotąd na poprawę humoru nie wymyślono nic lepszego, niż śmiech. TU przeczytacie historię od początku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zapraszam do rozmowy ze mną przez komentarze. Będzie mi miło, jak dołączysz do dyskusji.

Obraźliwe teksty, jak i jego właściciela od razu wywalę.

Copyright © 2016 Mam do powiedzenia , Blogger