Zarabiam na czyjejś śmierci


W tym opowiadaniu przedstawiam rozwiązanie zagadki. TU, poprosiłam czytelników, by napisali, kto według nich zarabia na czyjejś śmierci. Dzisiaj odpowiem na pytanie. Proszę tylko o jedno. Przeczytajcie od początku do końca, nie psujcie sobie zabawy...


 *
Los pisze różne scenariusze, gdy się urodziłem, na kartach mojej księgi napisał tylko te słowa: BĘDZIESZ ZARABIAŁ NA CZYJEJŚ ŚMIERCI. I się nie pomylił...
 
Boisz się? – spytałem Sławka.
Pokręcił głową. Wiedziałem, że blefuje. Kropla potu popłynęła po jego czole, potem opadła na jeansy chłopaka. Nawet tego nie zauważył. Raz po raz otwierał i zaciskał obie dłonie w pięść, jakby ten dziwny rytuał miał sprawić, że poczuje się choć trochę lepiej.
Pierwszy dzień w pracy. Panikuje. Jego poprzednik wytrzymał dwa miesiące. Ze Sławkiem nie wiązałem większych nadziei, a może się mylę? Cholera! Chce się mylić! Potrzebuje ludzi, a nie ślamazary.
Pstryknąłem go lekko w czoło. Krzywo się uśmiechnął, ale jego oczy zostały poważne. 
Odwróciłem wzrok, spojrzałem na drogę przed sobą i w ostatniej sekundzie wrzuciłem prawy kierunkowskaz, z piskiem opon skręciłem w ulicę Wiejską. Chłopak złapał się za serce.

Co się ze mną dzieje? Takim zachowaniem mu nie pomagam. Jechałem przez zalane deszczem ulice. Ludzie na chodnikach przyklejali się do budynków, jakby to miało ich uchronić przed fontanną wody, umykającą spod kół samochodów. Wycieraczki pracowały na pełnych obrotach, stary wentylator walczył z parą, obkleiła wszystkie szyby. Zerknąłem w kierunku chłopaka. Zasnął. Stres podciął mu skrzydła. Niech śpi. Dzisiejszy dzień należy do wyjątkowych. Dobrze, że młody o tym nie wie i tak już robi bokami. Jedziemy skończyć to, co zaczął morderca pewnej świni...

W podstawówce mówiliśmy na niego „Wredna Świnia”, to był sekret, o którym wiedziała tylko nasza pięcioosobowa paczka. Sami zaufani kumple z podwórka. Ktoś z zewnątrz mógłby wypaplać i wtedy byłoby już po nas. Bartek miał urodę dziecka, które kochać może tylko matka. Małe oczka, krępa budowa ciała, grube policzki, gęsta czupryna czarnych włosów, wiecznie mielił coś w gębie, jak nie żarcie, to chociaż zapałkę. I ten złośliwy uśmieszek, który dla jego ofiary nie oznaczał nic dobrego. Co chciał to miał, ojciec marynarz w domu był tylko gościem, matka skupiona na synalku zawsze go broniła. Przed dorosłymi chodzące, pieprzone niewiniątko, ale tylko my wiedzieliśmy jaką ponurą naturę skrywa ten gnojek.
Był od nas dwa lata starszy. Wszyscy się go bali. Typ dzieciaka, co wyrywa skrzydełka motylkom, wbija żaby na wykałaczki, bije młodszych i jeszcze się z tego cieszy. Zawsze otoczony wianuszkiem dupków, którzy ze strachu gnoili inne dzieci, by czasem nie stać się kolejnym obiektem tego palanta.
Po podstawówce na chwilę straciłem z nim kontakt. Poszedł do liceum, ale go nie skończył. Wolał inną szkołę, przez lata piął się w hierarchii światka przestępczego, aż osiadł na szczycie. Narkotyki, rozboje, gwałty, handel ludźmi, przynosiły mu dochody, o których zawsze marzył. Nigdy nie myślałem, że będzie nas łączyć pewna forma „współpracy”, od wielu lat kończyłem to, co jego ludzie zaczęli. Tacy jak on dostają łupnia tylko w filmach familijnych lub komediach. W prawdziwym życiu przestępca jest zwycięzcą i najczęściej wszystko mu uchodzi na sucho. Ścisnąłem kierownicę i uśmiechnąłem się pod nosem. Ale jak to mówią: „Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy”.

 
W tym przypadku „sprawiedliwość” miała trzy zęby na krzyż, trzy guziki w kurtce, trzy litry wódki w siatce i jeden nóż w kieszeni. Zdzichu Warga nigdy nie słyszał o kimś takim jak „Wredna Świnia”. Ba! Nawet nie pamiętał, jak naprawdę ma na imię. Ktoś przez jego pokiereszowaną wargę dał mu przydomek i tak zostało. Ojca nie znał, matka zaraz po urodzeniu oddała go swojej matce:
– „Przez jakiegoś głupiego bachora nie będę tracić życia! – oświadczyła. – I tak mały gnojek powinien się cieszyć, że nie spuściłam go w klozecie”.
Na tym problemy dziecka się nie skończyły. Babcia umarła po dwóch latach. Został z wujkiem, który uważał, że do dzieci trzeba mieć ciężką rękę, inaczej głupoty przychodzą im do głowy.
Źle zrośnięte kości, wybite zęby, niezliczone siniaki, wielka blizna na głowie, swoim kształtem przypominająca Włochy, to jedyne widoczne pamiątki, które zachowa na całe życie po rodzinie. 
 
Ta ukryta, mroczna, skryła się w umyśle i z każdym uderzeniem rosła w siłę. Chłopiec dorósł. W wieku niespełna szesnastu lat Zdzisiek mierzył metr dziewięćdziesiąt pięć i ważył prawie setkę. Pewnego dnia nauczyciel chciał dać uczniowi kolejną lekcję życia, pewnie przy pomocy paska, kija, czy co tam miał pod ręką, a on, zamiast pokornie się kulić, pierwszy raz w życiu postanowił, że pokaże wujkowi, czego się od niego nauczył.
Nauczyciel” przeżył, ale do końca życia będzie jeździł na wózku inwalidzkim. Zdzichu, wbił mu pogrzebacz w plecy i złamał jego kręgosłup. Chłopiec trafił do poprawczaka, wyszedł w wieku osiemnastu lat, od tej pory jego opiekunem stała się ulica, tym samym trafił z deszczu pod rynnę.
Po latach tułaczki w jego śmierdzącym moczem, alkoholem i rzygami świecie, nikt nawet nie marzył o dobrych ciuchach, wakacjach w ciepłych krajach, złotych zegarkach, sportowych furach, cycatych laskach na jedną noc i białej kresce, która daje niezłego kopa.
On i jego kompani, nie mieli zbytnich wymagań. Dziś tu, jutro tam, ciesz się, z tego co masz, bo nigdy nie wiesz, kiedy kolejny dzień, będzie twoim ostatnim.
Za to podczas swojej wędrówki po różnych melinach, rynsztokach i zaszczanych klatkach schodowych w swoim umyśle wyrył jeden kodeks: NIGDY NIE SZTURCHAJ TEGO, CO TRZYMA ALKOHOL. JESZCZE SIĘ ZBIJE, A NIE WIESZ, ILE CZASU MUSIAŁ ŻEBRAĆ, BY GO ZDOBYĆ!
I tak wczorajsze nocy „Czyste Zło” trafiło na „Pokiereszowaną Duszę”. 
 
W tym dniu wypadło na Zdzicha. W kieszeni wesoło grzechotał mu bilon. Kilkudniowy utarg. On i jego przyjaciele uczciwie go zarobili na odprowadzaniu sklepowych wózków pod jednym z hipermarketów. Melinę, do której zmierzał, prowadził „Pixel”. Nie lubił tu przychodzić. Całkiem inny świat. Piękne mieszkanie, czysta klatka schodowa zamykana na domofon, który o dziwo działał, a nie tylko udawał. Wystraszeni sąsiedzi uciekający w podskokach przed jego zapachem do swoich mieszkań. Ponad dwumetrowy śmierdzący, zarośnięty zwierzak nie zachęcał do żadnej konwersacji i Zdzichu dobrze o tym wiedział. Zmieniał ciuchy tylko wtedy, gdy się rozsypały ze starości albo co często się zdarzało, porwał w jakiejś bójce, walcząc o lepszy śmietnik lub miejsce do spania, ale cóż, jak mus to mus. Wódka u tego gościa była pierwsza klasa. Człowiek wiedział, że po niej dożyje do rana. Ale przecież nie poszedł tam na rewię mody, miał zadanie, które wykonał na piątkę. 
 
Wydawało się, że los mu sprzyja, klatka świeciła pustkami. Nie wiedział, że sąsiedzi dyszą za drzwiami, obserwując przez judasza każdy jego krok. Kupił trzy litry wódki i zadowolony schodził po schodach. Wtedy minął go mój „kumpel” z podstawówki. Bartek spieszył się do Pixela, z którym łączyły go wieloletnie i owocne interesy. 
Pech chciał, że jego książęca mość, pan nad pany, który nic nie widzi poza czubkiem swojego nosa, „raczył” zauważyć Zdzicha. Jego zadowolona mina kolidowała z tym, w co dotychczas święcie wierzył:
 W tym pieprzonym świecie tylko Ja mogę się cieszyć. I żaden capiący na odległość King-Kong mi tego nie odbierze! 
Wbiegł na schodek wyżej, odwrócił się, potem z całej siły kopnął żebraka w plecy.
Ten potknął się, poleciał dół, przekoziołkował po schodkach, jak szmaciana lalka, ściana z napisem cisza nocna od 22 zatrzymała jego ciało. Z poszarpanej siatki ciekł alkohol, mieszał się z krwią z rozbitej głowy.
I co? Teraz już ci się morda nie cieszy?! – krzyknął księciunio i z zadowoloną miną poszedł na górę.
(Tak twierdzi życzliwa sąsiadka, która wszystko obserwowała przez wizjer).
Zdzichu Warga trochę zamroczony poleżał chwilę, potem usiadł, zajrzał do siatki. Pokręcił głową, jakby nie wierzył, w to, co widzi. Podziurawiona torebka znaczyła ziemię ognistą wodą. Przetarł dłonią zakrwawione czoło. Rozejrzał się bezradnie, jakby szukał pocieszenia albo wróżki, która zwróci mu alkohol zdobyty tak ciężką pracą. Potem spojrzał w górę i bezradność zastąpiła złość. Kiedy ponownie wspinał się po schodach, zawartość siatki płynęła w dół, niczym wąski, górski wodospad.
Wredna Świnia zginęła od ciosu nożem w szyję. Pixel nikogo nie zawiadomił. Komu się miał poskarżyć? Policji z jego mieszkaniem pełnym nielegalnego alkoholu i narkotyków? Z pomocą kumpli oczyścił wynajmowane mieszkanie. Oczywiście zabrał, to co najważniejsze. Umarł król, niech żyje król! Bartek został na miejscu, już się nie liczył. 
Jego trupa znaleziono po miesiącu. Policjanci z uprzejmą miną wysłuchali życzliwą sąsiadkę, która z ręką na sercu przysięgała, że tego mężczyznę najprawdopodobniej zabił ponad dwumetrowy Yeti. Chyba nie dali wiary jej słowom. Nikt nie wybrał się do Tybetu.  Zdzicha złapano po tygodniu, czeka na pierwszą rozprawę. Dla mnie powinien dostać medal, ale sąd najprawdopodobniej obierze inną linię. Zabijesz świnię, idziesz siedzieć za człowieka, taka prawda rządzi na tym świecie.

Skręciłem w lewo. Podjechałem pod starą kamienicę. Zaparkowałem przed dużym kontenerem na śmieci. Sławek obudził się, przetarł oczy.
Śpiąca królewno wysiadamy – powiedziałem i otworzyłem drzwi.
 Wdepnąłem prosto w kałużę. Zakląłem, obszedłem samochód. Otworzyłem drzwiczki po stronie pasażera. Chłopak wytrzeszczył na mnie oczy.
Wysiadaj. Zasuwaj na pakę. Załóż biały kombinezon, rękawiczki, maskę. Bierzesz środki do dezynfekcji. Tam stoi kontener na śmieci. Wiadro, mop i szmaty wezmę ja. Co się tak krzywisz, ktoś po tym gównie musi POSPRZĄTAĆ, a nasza firma jest w tym najlepsza…


Wygrała propozycja Adama Marczyńskiego: Firma sprzątająca. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zapraszam do rozmowy ze mną przez komentarze. Będzie mi miło, jak dołączysz do dyskusji.

Obraźliwe teksty, jak i jego właściciela od razu wywalę.

Copyright © 2016 Mam do powiedzenia , Blogger