Z pamiętnika nieznanego Blogera cz. 13 - Mam Pecha


Drogi Pamiętniczku. Ludzie, choć często się do tego oficjalnie nie przyznają, wierzą w różne gusła. Piątek 13-go, czarny kot, choćby nie wiem, jak kogoś korciło, niech się nie waży przejść pod drabiną, bo to prosta droga na szubienicę. Jest i wiele innych, a łączy je wspólny mianownik – wielki pech.

Kiedy myślisz, że korporacja cię już niczym nie zaskoczy, zawsze stanie się coś, co sprawi, że odszczekasz swoje myśli i zawyjesz niczym wilk do księżyca.

Radosna informacja gruchnęła w murach firmy 2 stycznia, nie wiadomo jak długo Iwonka myślała nad tym pomysłem, ale zdaje się, że nawet nie dwie minuty. Bach! Myśl wleciała i jakoś została. W najbliższy piątek będziemy mieli konkurs talentów.

W firmie zawrzało. W wyborach miss dotąd nikt nie miał przyjemności uczestniczyć, sądząc po owłosionych klatach, wyłysiałych plackach na głowie i przekrwionych po przepiciu oczach części pracowników, ich zapędy w tej sprawie i tak by poszły na marne, ale od czego jest korporacja? Tu każdy się liczy, żaden pomysł nie przejdzie bez echa (pod warunkiem, że zrodził się w głowie prezesa lub Iwonki). 


Wszystkie beztalencia z braku czasu poszły na żywioł. Przez kolejne dni nasza fabryka wyglądała jak skrzyżowanie olimpiady z turystami wybierającymi się na Gubałówkę w klapkach. Czego tam nie było, prawie szpagat (ostatni koleżanka wykonała w podstawówce), stanie na rękach przy pomocy dwóch kolegów (jeden z podtrzymujących, limem pewnie będzie się jeszcze chwalił ze dwa tygodnie, może taki tamten miał talent?) Malowanie obrazów językiem, śpiewanie (choć raczej nazwałabym to rykiem), wywijanie lassem (Zbyszek z logistycznego vel krwawa pręga nad lewym okiem), Jadzia z taśmy produkcyjnej (kiedyś mistrzyni w robieniu swetrów na czas, dzisiaj jednooki pacjent w pobliskim szpitalu) więc z bólem serca, lekarz konował nie pozwolił, ale konkurs musiała sobie odpuścić. Skok w dal (na kaflach, to już nie jest taka fajna zabawa), skok o tyczce (nieważne, że masz metr pięćdziesiąt w kapeluszu, sufit jest bliżej, niż myślisz). Oj działo się kuluarach i trzeba przyznać, nikt nie szedł na łatwiznę.

Gdzieś pomiędzy osobowościami scenicznymi pomykała Iwonka. Chwaliła pomysły, leczyła rany, cmokała z zachwytu i wiecznie powtarzała:

– Jesteście świetni, ja to mam pecha, że z takimi talentami przyjdzie mi się zmierzyć.

W piątek wieczorem sala konferencyjna pękała w szwach. W pomieszczeniu śmierdziało strachem, potem i alkoholem, co poniektórzy musieli sobie dodać trochę animuszu.

Pierwszy wystąpił Jarek Moskal. Jego świeżo ogolona szyja, naznaczona krwawymi sznytami, kontrastowała z białą koszulą i przykrótkim garniturem. Ludzie trzaskali mu zdjęcia, zanim cokolwiek zdążył zrobić. Na nasze usprawiedliwienie niech przemawia fakt, że w firmie krąży legenda: prędzej dostaniemy podwyżkę lub trafi nas jasna cholera, niż Jarka ujrzymy w gajerach. Prawdę mówiąc, obie rzeczy dotąd nie mieściły nam się w głowach, a tu proszę cud.

Jarek zdenerwowany mrugał oślepiony blaskiem z aparatów, potem wyciągnął z siatki „Tesco” małe cymbałki i kiedy na sali zapadła cisza, zagrał „Wlazł kotek na płotek”. Kilka razy się pomylił, ktoś gwizdnął na palcach, ale gdy skończył, burza zasłużonych oklasków rozniosła się po sali. Potem, już poszło z górki.

Koleżanka dopięła swego, do pełnego szpagatu zabrakło jej pięć centymetrów, dalej nie próbowała. Materiał na tyłku nie wytrzymał takiego naprężenia i utalentowana pokazała więcej, niż chciała. Oczywiście oklaski odprowadzały jej odkryty tyłek obleczony w kwieciste majtki.

Jolka ze Zbyszkiem od lassa połączyli siły. Zatańczyli piosenkę z „Dirty Dancing”, nawet im to zgrabnie poszło, tylko w kulminacyjnym momencie, gdy partnerka miała zostać wyniesiona w górę, wypadła z dziurawych rąk partnera i wylądowała głową w wiklinowym koszu.

Później było kilka nie tak spektakularnych wystąpień, w czym miałam swój udział. Pokazałam największy talent w tej firmie, czyli zaklejanie kartonów ze spinaczami. Nawet dyr był zachwycony, więc miałam się z czego cieszyć.

Po krótkiej przerwie i wymianie uwag na temat zdolności pracowników. Na sali zapadła ciemność. Ludzie zamilkli. Nagle rozległ się hałas, podobny do tego, gdy ktoś kopnie w metalową rzecz, coś się poturlało i ktoś warknął:

– Ja pierdolę, kto to tu postawił?

W tym samym momencie światła rozbłysły i główne reflektory wyłoniły Iwonkę i Mariusza, masował kostkę, którą przed chwilą przywalił w metalowe wiadro. Zły podszedł do ściany i rozłożył drabinę. Wyglądała jak wielkie drewniane A.

Plemię spinaczy wytrzeszczyło oczy, co teraz się stanie? Drabina rozstawiona pośrodku z niczym się nie kojarzyła oprócz sprzątania lub malowania ścian oczywiście. Iwonka ma wiecznie na biurku taki burdel, że sprzątaniem na pewno się nie skala, nawet na pokaz.

Gwiazda teatru w zielonej powłóczystej sukni ze sztucznego materiału (pewnie, żeby się mole nie dobrały), podeszła do drabiny, szeleszcząc bufiastymi rękawami. Chwyciła ręką stopień na wysokości twarzy, potem postawiła stopę na pierwszym schodku i wspięła się wyżej i usiadła na jednym niczym zielona kwoka na grzędzie. Teraz była widoczna, nawet dla tych, co rżnęli w karty w ostatnim rzędzie.

Przyłożyła rękę do czoła. Ręce jej drżały. Tłum zafalował, w powietrzu czuć było napięcie. Aktorka uśmiechnęła się szeroko, ścisnęła mikrofon i powiedziała:

„Niech nad firmą rozpościera swe macki tęcza.
A słońce przez okna do środka zawita.
 

Ludzie pytają:
Skąd te cuda, czy to sprawił Szatan? Anioł?
A nie! To tylko dyrektor w nasze skromne progi zawitał!

 

Słowa nie opiszą naszej radości.
Poprzedni prezes zdarł naszą skórę do kości.

 

Dyr pokraśniał na twarzy, ego dosłownie uszami mu się wylewało, nawet uronił jedną łzę. Iwonka też to zauważyła, jej głos z emocji nabrał większej mocy:

Więc z nadzieją patrzymy w młode lico! – (Młode lico? Sześćdziesiątka na karku. Co ona chrzani?)

Czegóż od nas pragniesz o Boski?! – krzyknęła, po czym teatralnie wyciągnęła rękę w kierunku prezesa i dokończyła:

Niewiele Moi Drodzy.
Zapieprzać! Zapieprzać w naszej firmie do grobowej deski!”

***

Drogi Pamiętniczku. Co się okazało? Iwonka skorzystała z suflera, bo nie potrafiła wykuć kilku wersów wierszyka. Przez małą słuchawkę w uchu podpowiadał jej to, co głęboko skrywaliśmy w naszych styranych pracowniczych sercach. Kim jest pomocnik? Dyr zrobił wywiad, ale nic mu to nie dało. Iwonka na każde pytanie odpowiada rykiem i wygląda, jakby przed chwilą dostała obuchem. Czy może mówić o pechu? A gdzie tam. Niech myśli głową, a nie słuchem.



Opowiadanie z "Pamiętnika nieznanego Blogera" jest fikcją literacką. Pamiętajcie, to opowiadanie, a historia będzie cały czas ewoluować w miarę, jak główna bohaterka zacznie zgłębiać tajniki blogowania. Nie zna dnia, ani godziny, już o to zadbam:) Cieszę się, że tu jesteście i czytacie. Pamiętnik powstał dlatego, że dotąd na poprawę humoru nie wymyślono nic lepszego, niż śmiech. TU przeczytacie historię od początku. 











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zapraszam do rozmowy ze mną przez komentarze. Będzie mi miło, jak dołączysz do dyskusji.

Obraźliwe teksty, jak i jego właściciela od razu wywalę.

Copyright © 2016 Mam do powiedzenia , Blogger