Z pamiętnika nieznanego Blogera cz.10 - Inny Bloger o twoim blogu prawdę Ci powie


Drogi Pamiętniczku
Czy Bloger, Blogerowi ma prawo zwrócić uwagę, jak powinien prowadzić swój blog? Skąd wie, że akurat to, co myśli, dla kogoś będzie kluczem do szczęścia? Dlaczego ten drugi, powinien go słuchać, czy sam nie wie, co dla jego strony jest najlepsze? Tyle pytań, żadnych odpowiedzi, a temat trudny. Przecież prawda, dla każdego może znaczyć coś innego i dzisiaj chcę Ci o takiej sytuacji opowiedzieć.


Wszystko zaczęło się od niewinnego zaproszenia w języku angielskim:
W dniu takim i takim serdecznie zapraszamy „Senior Dyrektor Ważną Personę” do podmiejskiej myśliwskiej posiadłości, by pogłębić naszą „friendship” i poszerzyć jej zonę, o kolejny tyłek dyrektorski. 
Okej trochę spolszczyłam, ale brzmiało podobnie. Co roku, prezes jakiegoś oddziału naszej firmy na świecie, organizuje imprezę, na którą zaprasza równych mu stopniem. W tym wypadło na naszego dyra. Jeżeli chodzi o organizację, jest gdzieś pomiędzy Pantofelkiem a grzybem Twardzioszkiem-Czosnaczkiem, totalne zero, aż dziw bierze, że bez nawigacji trafia do toalety.
O tym, że organizuje jakąś imprezę, dowiedział się od samych zainteresowanych, kiedy zaczęli mu słać podziękowania, za zaproszenie i miłe słowa.
– Anka! Ty mnie tu przyjdź i wytłumacz, za co oni mi dziękują, bo nic nie rozumiem! – wydarł się przez drzwi do sekretarki.
Zdenerwowana kobiecina potruchtała na dywanik i powiedziała, o co chodzi. Prezes wpadł w panikę – Domek myśliwski nielegalnie wynajmował kumplowi, którego żona wywaliła na zbity pysk, po tym, jak dowiedziała się, że ma kochankę, ale z tym szybko sobie poradził:
– „Won! W trybie natychmiastowym!” – zakomunikował koledze przez telefon.
Kiedy ten w popłochu pakował ostatnie rzeczy do taksówki, na miejscu pojawili się Zbyszek i Maciek magazynierzy, by trochę ogarnąć domek, przed wizytą ważnych gości. Chłopaki zabrali się do roboty, umyli podłogi, odkurzacz wciągnął pajęczyny razem z pająkami, podmalowali ściany, odkurzyli łosią głowę, na podłodze rozłożyli skóry niedźwiedzie, krowie, coś, co wyglądało na zwłoki skunksa i właściwie można było powiedzieć, że po kłopocie.
Jedynie obraz psuły im roślinki w piwnicy, jakoś kolidowały z wizerunkiem wspaniałych drewnianych beczek po brzegi wypełnionych winem. Kto trzyma rośliny w takim miejscu? Przecież każdy głupi wie, że do szczęścia potrzebują słońca, a nie lampy, więc roślinki wylądowały w ogromnym, kamiennym kominku i zostały przykryte drewnianymi szczapami.

W sobotę punkt siedemnasta pojawili się goście. Pierwszy był Albert, dyrektor z oddziału szwedzkiego, zawsze wygląda, jak drewniany kij od miotły, sztywny, wyprostowany, nawet krzty uśmiechu. Pewnie matka, gdy go zobaczyła po porodzie, to jedyne co powiedziała:
– Takie nieszczęście!
Po nim przybył jaśnie oświecony Jiri z Czech (drobniutki, chudziutki, nigdy nikomu nie wadzi), następny w kolejności był Aleks z Rosji (sto pięćdziesiąt kilogramów czystej radości), a zaraz za nim Bram z Holandii (nawet w największym upale chodzi w garniturze i sabotkach), peleton gości zamykała Beatrice z Francji (jakby dress code firmy tego nie zabraniał, to by chodziła w habicie, nawet kostki zakrywa). I gdzieś pomiędzy tym ważnym towarzystwem, kłaniając się co pięć sekund, cały zaróżowiony pomykał nasz dyro.


Rozmowa od początku się nie kleiła. Albert przykucnął na krańcu zatłuszczonej kanapy i z obrzydzeniem przyglądał się temu, co mój szef wcisnął mu do ręki. Fakt, tatar nie każdemu przypada do gustu, przynajmniej ja za nim też nie przepadam. Aleks opowiedział jakiś kawał, ale nikogo nie rozśmieszył. Francuzka wyglądała, jak bela sklepowego materiału, cała zawoalowana i przejawiała tyle samo emocji, Czech mrugał oczami, a Bram przecierał ręką saboty.
Prezes rozpaczliwie szukał jakiegoś wyjścia, jak tu rozruszać gości i wlać trochę energii do ich członków? Wtedy jego wzrok spoczął na kominku. No nie! Co to za chatka myśliwska, w której ogień nie płonie? Po piętnastu minutach, trzech przypalonych palcach, wielu przekleństwach i osmalonym krawacie, płomień z nadzwyczajną prędkością zaczął lizać suche szczapy drewna i liście marychy, które niczego nieświadomi magazynierzy niefrasobliwie pod nimi umieścili.

Oprócz Beatrice nobliwie zakrywającej swoje ciało i Alberta, który nadal trzymał przed sobą talerzyk z tatarem, jakby to była laska dynamitu, pozostała część towarzystwa z nudów, opróżniała kolejne kieliszki z winem. Szef włączył muzykę, z głośników poleciała piosenka Edith Piaf. Machnął ręką, usiadł w fotelu, wyciągną butelkę wódki, którą pod jego siedzeniem zachował na czarną godzinę i teraz ta godzina właśnie wybiła, rozżalony wypił do dna i zapadł w drzemkę.

O tym, co wydarzyło się później, dowiedzieliśmy się z kamer. Pół godziny wystarczyło, by pojawił się pierwszy symptom zwiastujący nieszczęście, a był nim szeroki uśmiech na twarzy Alberta, to przeraziło gości bardziej, niż wizja obniżki ich pensji w najgorszych koszmarach, przecież on nigdy się nie uśmiecha, musiało się coś stać, tylko co? Bram zaczął nerwowo wystukiwać rytm sabotami, Aleks podchwycił temat i zaczął klaskać w dłonie, Jiri zanucił piosenkę, nagle Mata Hari (proszę państwa, niech zagrają werble), bez skrępowania odsłoniła jedno oko, łaskawszym wzrokiem łypnęła na kolegów i wtedy się zaczęło:

Beatrice odrzuciła chustę Baby Jagi, potem wyszła na środek salonu. Edith Piaf coś śpiewała o wielkiej niespełnionej miłości, kiedy jej rodaczka ściągnęła sukienkę przez głowę i zgromadzonym pokazała porwaną koszulkę na ramiączkach i grubaśne galoty. Bez ogródek stwierdziła, że po cichu zawsze marzyła, by stać się Xeną Wojowniczą Księżniczką, reszta, podchwyciła temat, w kąt poszły garnitury, krawaty, tylko ich majtki i saboty Brama zostały na miejscu. Szef, pochrapując, sam nie wiedział, co traci. Zabawa w kółko graniaste, wężyki naokoło śpiącego na rybkę prezesa polskiego oddziału. Jiri założył na siebie skórę niedźwiedzią i rzucił w łeb Łosia oszczepem, który zdarł ze ściany. Trafił w sam środek jego czoła, radości i krzykom nie było końca. Beatrice przyozdobiła swą głowę, truchłem skunksa, najwyraźniej zapomniała o księżniczce, bo cały czas krzyczała, że jest amerykańskim kolonialistą i zaraz pójdzie szukać złota w ogródku, a przy okazji wytłucze trochę Indian, bo na pewno będą chcieli jej w tym przeszkodzić.
– Kto ze mną? – Krzyknęła.
Obnażeni prezesi poszli za nią jak w dym. Na dworze się okazało, że nie tylko kobieta ma szczególne zdolności. Aleks założył się z Jirim o skrzynkę najdroższej wódki, że wejdzie na sam czubek, młodej sosny. Trzeba przyznać, że się udało, biedne liche drzewko ugięło się pod naporem ciężaru. Rosjanin wyglądał jak wielki nietoperz dyndający nad ziemią, w końcu odpadł, puszczone drzewo powróciło do swoje pozycji, po czym jak pejcz, wymierzyło zasłużoną karę idiocie i dyro ma dwa krwawe ślady po konarach, na tej części ciała, gdzie słońce nie dochodzi.
Przegrany, płakał pod drzewem, tuptał ze złości, jak małe dziecko i krzyczał:
że on tak się nie bawi!Reszta (nawet wygrany) próbowała, go pocieszyć. Nagle Bram podjechał wozem zaprzężonym w starą szkapę, całość zarąbał staremu rolnikowi, którego dom graniczył z myśliwską posiadłością. W tym momencie w drzwiach domu pojawił się Albert, na głowie miał hełm huzara, w ręce dzidę, jego plecy zdobiła skóra krowy, a tyłek majtki Calvina Kleina.
– Do ataku! – krzyknął. – Precz z palantami, powiemy im prawdę i pokażemy, gdzie mogą sobie swój drut wcisnąć!

Wszystkie oddziały naszej firmy, pałają wielką nienawiścią do dostawcy drutu, przez którego często zawalamy terminy z naszymi dostawami. Na szczęście ledwo dychającej koniny ich fabryka mieści się tylko dziesięć kilometrów od domku myśliwskiego. I tak upalone skrzyżowanie wikingów z amerykańskim kolonialistą i polską husarią, popędziło w mrok. Uzbrojeni wojownicy wdarli się do firmy, obezwładnili starszego ochroniarza, związali go i wsadzili do pomieszczenia na miotły. Potem wdarli się do biura prezesa, na jego zdjęciu domalowali mu okulary, wycieli nożyczkami dwa zęby i dopisali po polsku, że jest „gupi!”. Bram otworzył wielkie pudło z kubańskimi cygarami, z prawdziwą przyjemnością wyciągał każde po kolei i na dębowym blacie biurka sabotem unicestwiał. Kiedy ta zabawa się znudziła, po korytarzu rozwinęli rolki papieru toaletowego, celuloidowa autostrada zaprowadziła ich do portierni, tam znaleźli aparat Polaroid, nie, takiej okazji nie mogli przepuścić, pstryknęli zdjęcia swoim gołym tyłkom, dzięki Aleksowi, który liznął trochę polskiego języka, zdjęcie zostawili na tablicy ogłoszeń z sentencją „całujta nas w dupa!". Na odchodnym Albert rzucił dzidą w sam środek plakatu z napisem „Dla naszego klienta wszystko” i w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku z wierną szkapą wrócili do domku myśliwskiego.

Kiedy dyro obudził się ze snu, zobaczył barbarzyńców, z ponurą miną mu się przyglądali. Albert siedział za stołem w majtkach Calvina Kleina i jednym sabocie Brama na nodze, gołą ręką wyjadał tatar z miski.

Głupi ma podobno szczęście, wszystko rozeszło się po kościach. Konkurencja myśli, że za napadem na ich firmę, stoi prymitywny dostawca złomu, z którym nie chcą współpracować, stąd te braki w słownictwie. Rolnik, kiedy rano się przebudził i zobaczył starą szkapę, zaprzężoną do wozu, stwierdził, że to cud, nie wiadomo, co w tym momencie myślała chabeta, pewnie lepiej dla nas, że nie wiemy, ale za dwa dni zdechła. Prezes o całej sprawie powiedział Iwonce w sekrecie, a to się równa temu, jakby dał ogłoszenie na słupie w samym centrum miasta. Cała firma aż huczy od plotek.

Drogi Pamiętniczku. Jak widzisz, mówienie prawdy, nie zawsze wychodzi na dobre, czasem to same kłopoty. A kto ma rację? Tego nie wiem, ale mój kumpel zawsze mówi: „Racja, jest jak dupa, każdy ma swoją".


 Opowiadanie z "Pamiętnika nieznanego Blogera" jest fikcją literacką. Pamiętajcie, to opowiadanie, a historia będzie cały czas ewoluować w miarę, jak główna bohaterka zacznie zgłębiać tajniki blogowania. Nie zna dnia, ani godziny, już o to zadbam:) Cieszę się, że tu jesteście i czytacie, zostawcie po sobie ślad. Pamiętnik powstał dlatego, że dotąd na poprawę humoru nie wymyślono nic lepszego, niż śmiech. TU przeczytacie historię od początku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zapraszam do rozmowy ze mną przez komentarze. Będzie mi miło, jak dołączysz do dyskusji.

Obraźliwe teksty, jak i jego właściciela od razu wywalę.

Copyright © 2016 Mam do powiedzenia , Blogger