Z pamiętnika nieznanego Blogera cz.11 - Plagiat


Drogi Pamiętniczku
Czym jest plagiat? Zamierzonym złodziejstwem, a może tylko wypadkową tego, że myślimy podobnie lub radzimy się tych samych osób?

 
Dnia 16 Lipca Roku Pańskiego 1192 gdzieś na kresach Zadupia i Wielkiej Dziury, Józef Gwidon Wiatrolubny wyszedł przed dom i podrapał się trzy razy po tyłku.
Chłop nie wyróżniał się niczym wielkim. Szpetna morda, cztery zęby, krzywe nogi, kilka włosów na głowie i chroniczny wstręt do pracy. Na nieszczęście naszego bohatera, Bóg obdarzył go żoną, a ona obdarzyła go szóstką dzieci, jedną krową, jedną kozą i białym obrusem w sam raz na stypę, które wniosła w wianie, do tego pożal się boże małżeństwa.


Głupi ma podobno szczęście, przejął po śmierci ojca dobrze prosperującą kuźnię i tylko dlatego, że starsi synowie mu pomagali, gdy on trwonił pieniądze w pobliskiej karczmie, jakoś wiązał koniec z końcem.
Śmierdzący leń miał codzienne rytuały. Po wstaniu z łóżka przeganiał swoje wiatry, drapał się trzy razy po tyłku, trzy razy dziennie w dni powszednie tłukł swoją żonę i szóstkę dzieci, a w dni świąteczne jeszcze częściej, bo miał na to więcej czasu.


Dzisiaj tacy zostają celebrytami, robią z nimi wywiady, mają fanów, statusy na Facebooku, ale wtedy był zwykłym chamem i cała wioska, oczywiście na czele z szanowną małżonką i jego dorastającymi dziateczkami, miała go ochotę w łyżce wody utopić.
16 Lipca Józef obudził się w całkiem dobrym humorze. Zbił tylko jedno dziecko, bo pech chciał, potknęło się o własne nogi i samo mu w ręce wpadło. Przymknął oko na nieróbstwo żony, która, zanim on zdążył otworzyć oko i pierdnąć dwa razy, zrobiła śniadanie dla niego i szóstki dzieci, wydoiła krowy, kozy, ogarnęła dom, zacerowała dziurawe skarpety i miała czas na jeszcze takie tam różne zbytki, jak szybka przepierka jego brudnych gaci.


Po śniadaniu poszedł do swojej kuźni, miał do wykonania ważne zlecenie – miecz dla jednego z włodarzy pobliskiego miasta. Robota (jak zwykle) jakoś dziwnie mu nie szła, walił młotem w oporny materiał, ale ten nie wyglądał tak, jakby sobie tego życzył. Zdenerwowany wyrzucił żelastwo na drogę i szybko o nim zapomniał, po nim przejechało kilka wozów drabiniastych, kawalkada rycerzy z pobliskiego zamku, spiesząca wyrżnąć w pień bandytów atakujących pobliskie wioski. Potem przebiegło stado krów, jeden osioł, tłum spieszący na niedzielny jarmark i niezłą atrakcję w postaci ucięcia rąk pewnemu złodziejowi.


Jakoś po miesiącu Gwidon szedł do pracy i potknął się o wystające żelastwo. Zaklął siarczyście i podniósł miecz, który teraz do niczego się nie nadawał. Wygiął się w łuk podobny do podkowy, a rączka bardziej przypominała krzyż, niż rękojeść broni.
Gwidon wpatrywał się w szmelc dosyć długo. Nawet tak durnowaty łeb, jak jego czasem skala się myślą. Coś musiało zaiskrzyć, gdzieś nastąpiło przepięcie i na jego twarzy pojawił się szelmowski uśmiech. 

Może to nie będzie miecz, ale wypaczone drzwi kuźni tak ciężko się zamykają, więc do ścian przytwierdził po każdej stronie dwa metalowe ucha, a nimi spiął krzyżo-broń i w złą godzinę pomyślał: – „Problem z głowy”.

Tego samego dnia biskup Sędziwoj Valdero spieszył ze swoją świtą do Gniezna. Sześć koni ciągnęło kolaskę z jego wielkim tyłkiem, w której raczył się ciastem upieczonym rano przez młodych dominikanów. Dobrotliwie kiwał głowom wieśniakom, kłaniającym mu się w pas, odganiał muchy i osy natarczywie próbujące uszczknąć coś z jego zapasów.
Kiedy mijał kuźnię Wiatrolubnego, o mało nie zszedł z tego świata. Słodka masa stanęła mu w gardle, a oczy wyszły z orbit. Krzyż, święty krzyż spina jakieś liche drzwi szałerka
?! (Przecież nie wiedział, że to kuźnia, choć, czy by to coś zmieniło? Wątpię). Cóż za herezja, tylko sługa szatana mógł coś takiego zrobić.
Nie pomogły tłumaczenia Gwidona, że to miecz, tylko trochę przerobiony i to nawet nie przez niego, heretyka spalono na stosie. Podobno po wszystkim odbyła się wielka impreza, zorganizowana przez jego żonę. Tańcom i radości nie było końca.

Osiemset lat później mój dyr, który„czyta” jedynie obrazki, z wypiekami na twarzy słuchał opowieści nowego marketingowca o średniowiecznej łajzie. Koleje losu Gwidona zadziałały na jego wyobraźnię lepiej niż komputerowy pasjans. A kiedy usłyszał o pałąku z krzyżem łączącym drzwi, pomyślał, że to przeznaczenie. Lepszej historii powstania spinaczy nie mógł sobie wymyślić. 

Poprosił marketingowca o napisanie pięknej notki. Gwidon, wspaniały człowiek, kochający mąż, ojciec i nade wszystko wynalazca, którego po długiej i ciężkiej chorobie do grona (oczywiście od razu świętych) zabrał Bóg, na ziemi pozostawił spinacze, a te obecnie ułatwiają życie milionom ludzi.
Tekst powstał zadziwiająco szybko, już tego samego dnia był gotowy do druku, zagościł w ulotkach reklamowych i został rozesłany do klientów. Jakie było zdziwienie dyra, gdy już po jednym dniu przybiegła do niego Iwonka ze łzami w oczach
ciągle wydzwania do niej prezes firmy produkującej zszywacze i krzyczy o jakimś plagiacie.

W naszym „Dyktatorze” wszystko się zagotowało – jaki plagiat?! Zwariował dziad?! Osobiście wybrał
się do znienawidzonego konkurenta. Zanim zdążyli sobie coś wytłumaczyć. Na miejscu doszło do kotłowaniny i przepychanek. Mój zwierzchnik ma dwie jedynki do naprawy, a właściwie do wymiany, limo pod okiem i naderwane ucho, tamten wygląda podobnie, może ortodonta się zlituje i da im zniżkę, jak pójdą razem?
Co się okazało? Prezes firmy ze zszywaczami jeszcze do niedawna zatrudniał tego samego marketingowca, co obecnie pracuje w naszej firmie, kiedyś mu opowiedział historię Gwidona Wiatrolubnego i jego felernego produktu, a ten
„przecież wszyscy wiedzą” był pierwszym zszywaczem ( na pewno nie spinaczem), jak w mordę strzelił i w ich ulotkach umieścił identyczną notkę.

***
Drogi Pamiętniczku. Co tu dużo pisać. Gwidon Wiatrolubny niech spoczywa w pokoju, gdziekolwiek przebywa. Mój dyr jeszcze długo tego nie zazna, musi wiele odkręcić, ale tak to jest, gdy czyjąś historię, próbujesz przerobić na swoją, wtedy wychodzi plagiat, jak w mordę strzelił. 


Opowiadanie z "Pamiętnika nieznanego Blogera" jest fikcją literacką. Pamiętajcie, to opowiadanie, a historia będzie cały czas ewoluować w miarę, jak główna bohaterka zacznie zgłębiać tajniki blogowania. Nie zna dnia, ani godziny, już o to zadbam:) Cieszę się, że tu jesteście i czytacie. Pamiętnik powstał dlatego, że dotąd na poprawę humoru nie wymyślono nic lepszego, niż śmiech. TU przeczytacie historię od początku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zapraszam do rozmowy ze mną przez komentarze. Będzie mi miło, jak dołączysz do dyskusji.

Obraźliwe teksty, jak i jego właściciela od razu wywalę.

Copyright © 2016 Mam do powiedzenia , Blogger