Z pamiętnika nieznanego Blogera cz.14 - Jam jest Miękka Faja, a on Tępa Dzida



Drogi Pamiętniczku
Każda rzecz na ziemi ma swój początek i koniec. Dinozaury – miały meteoryt. Abel – Kaina. Egipcjanie – Mojżesza. Grecy – Rzymian. Rzymianie – Chrześcijan. Napoleon – Vaterlo. Hitler – Gówno we łbie. Komuniści – Zachód. I tak można wymieniać bez końca. Kto by pomyślał, że hejt, paliwo napędowe i jedyny sens w życiu, dla wielu ludzi też chyli się ku upadkowi, sądząc po ostatniej sytuacji, wszystko na to wskazuje.


„Dyrze, ty parówo jedna!
Kto cię nie zna, niech tylko się dowie!
Żeś miękka faja i tępa dzida w jednej osobie”.


Pewnego dnia, taki zgrabny wierszyk (inspirowany twórczością naszego  wieszcza) zagościł w głównym holu mojej firmy na tablicy ogłoszeń. Słowa wydrukowano na delikatnym papierze, ozdobną czcionką, u góry kartka zawijała się w kierunku korkowej tablicy, na dole do środka poematu. Trzeba przyznać, że poeta nie tylko wykazał się talentem literackim, ale też artystycznym.

„Miękka Faja” i „Tępa Dzida”, to choroba naszych czasów. Takie współczesne pierdu pierdu, bułkę przez bibułkę, szajs pospolity na dworze Króla Słońce. Bagno, tona mułu, kamienie i dopiero to badziewie. Jak wszystko, co głupie i szkalujące drugiego człowieka, szybko znalazło swoich wyznawców. Normalnie jeden powiedział, a zaraz inni za nim klepali szybciej, niż babcie zdrowaśki na cmentarzu. Idąc tym tropem, autorem cudnego wiersza mógł być każdy z pracowników, kto choć raz w swoim słowotoku użył tego cholerstwa.

W fabryce po pierwszej wesołości powiało strachem porównywalnym do wiatru przy dziesięciu w skali Beauforta. Ludzie skryli się za monitorami, rozmowy umilkły, produkcja, sądząc po zaciekłości, z jaką zabrała się za pracę, do końca dnia wyrobiła 200% miesięcznej normy, Tiry ruszyły w teren, place opustoszały. Nikt nie odważył się zerwać kartki, (nawet Iwonka, po ostatniej akcji nadal była na cenzurowanym), by nie wyjść na tego, co to zrobił.

Prezes przyjechał dopiero o godzinie jedenastej. Cały w ukłonach, od stóp do głów wysmarowany wazeliną, otworzył drzwi służbowej limuzyny, a z niej powoli wytoczyła się dwuosobowa chińska delegacja z Hong – Kongu (Inna niż TU). Pracownicy wstrzymali oddech i przykleili nosy do szyb, wszyscy patrzyli, jak dyr (z braku czegoś do pokazywania) chwali śmietniki, nową siatkę ogrodzeniową, zamrożone badyle przed wejściem (w lecie udają róże) i ochroniarza (pana Staszka). Siedział na taborecie w lichej kanciapie wielkości wychodka zaraz koło szlabanów i trzęsąc się z zimna, nerwowo przeczesywał włosy palcami.

Młoda tłumaczka uwijała się pomiędzy rozanielonym szefem i poważnymi przybyszami. Dyrowi
nie zamykała się gęba, czego nie można było powiedzieć, o chińskich sojusznikach. Milczeli i tylko przytakiwali głowami. Kiedy grupa przechodziła koło felernej tablicy. Marysia recepcjonistka skryła się pod blatem, jej umysł takiej presji nie wytrzymał. Pech chciał, że wzrok jednego z gości przykuł ozdobny świstek.

Miekkka Faja i Teepa dzzida? – Próbował przeliterować ważny delegat. Jego pytający wzrok nie pozostawiał złudzeń, oczekiwał odpowiedzi.

Dyr zauważył kartkę dopiero teraz, szeroko otworzył oczy, łapał spazmatycznie powietrze. Nie potrzeba tłumacza, wszyscy wiedzieli, co myśli:

– „Co tu kurwa robi ten paszkwil?!”

Łganie zawsze przychodziło mu z łatwością, więc po pierwszym szoku, szybko się opanował, potem zmyślił historyjkę, a w tej:

Dzielny rycerz
Miękka Faja i jego wierny druh (niemniej ważny wojownik) Tępa Dzida i ich giermek „Parówa” tysiąc lat temu oddali życie w miejscu, na którym teraz stoi zakład.

Tłumaczka skonfrontowała legendę z tym, co przeczytała na kartce. Z początku przewracała oczami i wyłamywała palce, ale jako profesjonalistka przetłumaczyła od deski do deski słowa dyra, przecież nie płacą jej za wymądrzanie, ma tłumaczyć? Proszę bardzo.

Słowa prezesa wywarły na Chińczyku duże wrażenie. Nadal milczał, ale teraz przyłożył prawą rękę do kartki, jakby czerpał moc z pradawnych dziejów. Potem oderwał dłoń, poklepał kłamczucha po ramieniu i poszli dalej.

Dwa dni później współczesny Homer wraz z chińską delegacją, bawili na dworze poznańskich targów, gdzie nasza firma miała swoje stoisko. Zagranicznym przyjaciołom bardzo się podobało, niby że tak cicho i kameralnie. (No tak w Chinach pewnie ślub na tysiąc osób, jest kameralny, więc wcale im się nie dziwię).

Targi jak targi. Normalka. Wszyscy udają, że się lubią, alkohol na tyłach każdego boksu leje się strumieniami. Hostessy przepasane w szarfy firm i przepaski biodrowe, które udają mini, rozochocone towarzystwo częstują ciasteczkami lub trunkami, a pomiędzy nimi, jak w ukropie uwijają się roznosiciele ulotek z (burdelami) potocznie zwanymi night-clubami.

Po wypiciu kilku brudziów, zeżarciu masy ciasteczek, dyr zabrał lekko zawianą delegację na poznański rynek. A tam też wszystko im się podobało:

  • Koziołki
  • Sam rynek
  • Bezdomni
  • Sikanie pod pierwszym lepszym koszem na śmieci
  • Ratusz Poznański
  • Pies bezpański
I wiele innych jak walka na pięści dwóch łysych osiłków, o chude chuchro na krzywych nogach wciśniętych w obrzępolone szpilki.

Wieczorem przyszedł czas na zasłużony odpoczynek. Nasza trójca zasiadła w lożach knajpy, która skupiła kwiat prezesów wystawiających się na targach. Muzycy grali, ktoś śpiewał do mikrofonu.
Drogie koszule rozpięto przy szyi, marynarki wisiały na oparciach kanap. Opowiadano świńskie kawały, nawet zagięcie palca wywoływało takie salwy śmiechu, że najlepszy komik w tym miejscu poszedłby z torbami.  

Biedna tłumaczka przycupnęła na taboreciku przy nogach „pana”, który po dziennych atrakcjach i licznych trunkach ze zwieszoną głową kimał w najlepsze. Pijąc małe łyczki wody, próbowała odeprzeć atak psychologiczny prezesa zakładów metalurgicznych, pijany w sztok raz po raz obejmował ją ramieniem i mówił:

– Jutro wracam do tej raszply, mojej żony i się z nią rozwiodę, teraz ty będziesz moją żoną!

Potem porzucił nową wybrankę, usiadł obok, położył głowę na blacie brudnego stołu i zasnął.

Pierwsze odgłosy chrapania z sąsiedniego stolika obudziły chińskiego dyrektora. Otworzył oczy, rozejrzał się po sali, kiedy jego wzrok spoczął na twórcy legend i rodaku, uśmiechnął się szeroko. Na twarzy miał wypisaną wdzięczność. Nagle wstał, jedna ze szklanek się przewróciła. Zanim ktokolwiek o coś zdążył zapytać. Przecisnął się koło nóg tłumaczki i potykając się o własne nogi, pikując głową w dół, slalomem potruchtał w kierunku teraz pustej
sceny.
 

Sala ucichła. Wszyscy patrzyli na nowe show. Mężczyzna chwycił mikrofon, ten zapiszczał, aż wszystkim poszło w pięty, następnie wyciągnął palec i wskazał na kolegę:

– Parówa!

Potem walnął się pięścią tam, gdzie bije jego serce.

– Jam jest Miękka Faja.

Czknął głośno. I żeby nie było żadnych wątpliwości, o kogo chodzi, potem wskazał czerwonego dyra.

– A on Tępa Dzida.

***

Drogi Pamiętniczku.
Słowa, to nic innego, jak dźwięki, którym nadajemy znaczenie. Ciekawe, czy gdyby „Miękka Faja” i „Tępa Dzida” naprawdę byli niepokonanymi rycerzami, też chętnie by używano ich imion, aby obrazić drugą osobę?

Opowiadanie z "Pamiętnika nieznanego Blogera" jest fikcją literacką. Pamiętajcie, to opowiadanie, a historia będzie cały czas ewoluować w miarę, jak główna bohaterka zacznie zgłębiać tajniki blogowania. Nie zna dnia, ani godziny, już o to zadbam:) Cieszę się, że tu jesteście i czytacie. Pamiętnik powstał dlatego, że dotąd na poprawę humoru nie wymyślono nic lepszego, niż śmiech. TU przeczytacie historię od początku. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zapraszam do rozmowy ze mną przez komentarze. Będzie mi miło, jak dołączysz do dyskusji.

Obraźliwe teksty, jak i jego właściciela od razu wywalę.

Copyright © 2016 Mam do powiedzenia , Blogger